Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Uczniowie skazani na gratisowy elementarz

Uczniowie skazani na gratisowy elementarz

04.07.2014

Szkoły niepubliczne nie chcą uczyć z darmowego podręcznika. Szkoły samorządowe też wolałyby tego uniknąć, ale one wyboru nie mają: albo skorzystają z menowskiego elementarza, albo same będą musiały kupić książki swoim uczniom.


We wrześniu pierwszaki w całym kraju mają dostać za darmo książkę do edukacji polonistycznej, matematycznej i przyrodniczej. To „Nasz Elementarz” przygotowany na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Nowelizacja ustawy o systemie oświaty, którą 18 czerwca podpisał prezydent Bronisław Komorowski, przewiduje, że od września tego roku z darmowych podręczników będą korzystać uczniowie pierwszych klas szkół podstawowych, a od 2017 r. otrzymają je już wszyscy uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów. Dla uczniów klas I-III podręcznik napisze i wydrukuje MEN. Z kolei starsi uczniowie szkół podstawowych i gimnazjaliści otrzymają dotację celową na zakup książek.

W tym roku rodzice pierwszaków otrzymają również dotację na zakup dodatkowych materiałów: 25 zł na książkę do języka angielskiego i 50 zł na inne pomoce, takie jak zeszyty ćwiczeń. W tej kwocie trzeba będzie też zmieścić zakup pomocy dydaktycznych do nauki informatyki.

W myśl ustawy, szkoły publiczne mogą korzystać z innych niż „Nasz Elementarz” podręczników, ale pod warunkiem, że zapłaci za nie organ prowadzący. Od rodziców nie będzie można bowiem żądać pieniędzy na zakup książek. Z jednym wyjątkiem – sami będą musieli kupić podręcznik do religii, która nie jest przedmiotem obowiązkowym.

Pierwsza część „Naszego Elementarza” jest już w druku. Druga trafiła właśnie do konsultacji społecznych, które mają zakończyć się 7 lipca. W sumie elementarz ma się składać z czterech odrębnych części.

Darmowy podręcznik? – To byłby nasz koniec!

Dyrektorzy szkół do 30 czerwca mają złożyć zamówienie na darmowy podręcznik. Dotyczy to również dyrektorów szkół niepublicznych, ci jednak nie zamierzają zamawiać rządowej książki. Dlaczego?

– My musimy reprezentować najwyższe standardy edukacji, bo inaczej wypadniemy z rynku – argumentuje Iwo Wroński, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 4 STO w Krakowie. – Każda szkoła, która wybierze ten podręcznik skazuje się na klęskę.

Jego zdaniem przygotowywana przez MEN publikacja to „prosta książka do użytku publicznego dla całej populacji”. – Nasi nauczyciele przejrzeli ją i dość nisko ocenili, więc zdecydowali się na ambitniejsze pozycje – mówi dyrektor Wroński.
Jednocześnie przyznaje on, że był zwolennikiem idei darmowego podręcznika. – Myślałem jednak, że będzie to wyglądać zupełnie inaczej, nie przypuszczałem, że rząd zdecyduje się wrócić do minionej epoki i wydać jedyny słuszny podręcznik, identyczny dla wszystkich, na dodatek kiepskiej jakości. Liczyłem raczej na książkę w wersji elektronicznej, w której nauczyciel miałby do wyboru różnorodne materiały, a dzieci zamiast papierowej książki dostałyby tablety na cały okres edukacji – mówi Iwo Wroński.

Zwraca on uwagę na jeszcze jeden problem. W tym roku do pierwszych klas trafią zarówno sześcio- jak i siedmiolatki. – W naszej szkole sześciolatki będą się uczyły z innej książki, a siedmiolatki z innej, nieco bardziej wymagającej. Rządowy podręcznik jest jeden dla wszystkich – zaznacza Iwo Wroński.

Wtórują mu dyrektorzy innych niepublicznych szkół.

- Nie chcemy eksperymentować na dzieciach, dlatego wybraliśmy sprawdzony podręcznik, który - jak co roku - kupią rodzice – mówi Agata Marzec, dyrektorka Szkoły Podstawowej im. Noblistów Polskich w Krakowie.

Krzysztof Kwiatkowski, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 3 w Krakowie: - W naszej szkole dzieci mają zwiększoną liczbę zajęć edukacyjnych w stosunku do szkół publicznych i na szczęście mamy ten komfort, że nie musimy korzystać z rządowego elementarza, który idzie w stronę niezbędnego minimum, tylko sięgniemy po inne podręczniki znacznie rozszerzające podstawę programową.

Nie udało nam się znaleźć ani jednej niepublicznej szkoły, która chciałaby uczyć dzieci z „Naszego Elementarza”. – To byłby nasz koniec – argumentują dyrektorzy tych podstawówek.

Gorsza jakość edukacji?

Rządowy podręcznik nie budzi entuzjazmu również wśród nauczycieli i dyrektorów szkół publicznych. Ci jednak nie mają wyjścia i od września będą musieli z niego korzystać, nie zanosi się bowiem, by któraś z gmin miała sfinansować dzieciom zakup ambitniejszych książek. Na pewno nie zrobi tego Kraków.

Tadeusz Matusz, wiceprezydent miasta odpowiedzialny za edukację, w rozmowie z nami zapowiedział, że krakowskie szkoły nie dostaną na to pieniędzy. – Po co gmina miałaby wyrzucać miliony złotych na coś, co szkoły dostaną za darmo? – zastanawia się Tadeusz Matusz.

Wiceprezydent miasta odpiera też argumenty o słabej zawartości merytorycznej rządowej publikacji: - Autorka tego podręcznika podlega bardzo ostrej i często emocjonalnej ocenie, bo jest śmiertelnym zagrożeniem dla wydawców – mówi Tadeusz Matusz. – Tymczasem podręcznik to jedynie narzędzie. W procesie edukacji najważniejszy jest nauczyciel, który do tej pory często był tak prowadzony przez wydawców za rękę, że wręcz przestawał być autorytetem i przewodnikiem, a stawał się instruktorem.

Szkoły niepubliczne, które odrzucają ten darmowy elementarz – zdaniem Tadeusza Matusza – „przeceniają rolę podręcznika i nie wierzą w swoich nauczycieli”.

Jednak dyrektorów szkół publicznych te argumenty również nie przekonują.

- Boli mnie to, że nasze dzieci znów zostały skazane na gorszą jakość edukacji - mówi Danuta Kohut, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 157 w Krakowie. - Władze oświatowe dużo od nas wymagają i rozliczają nas z efektów pracy, obawiam się jednak, że teraz nie będziemy w stanie konkurować ze szkołami niepublicznymi.

Danuta Kohut podkreśla również, że od września jej nauczyciele będą uczyć w ciemno, bo tak naprawdę nie znają nowego podręcznika w całości. Na razie dostępna jest tylko pierwsza część „Naszego Elementarza”. Druga trafiła niedawno do konsultacji społecznych, a do szkół dotrze dopiero pod koniec roku.  – Nauczyciele nie znając koncepcji całości, nie wiedzą jaka będzie możliwość dostosowania tego podręcznika do indywidualnych potrzeb dzieci – zaznacza Danuta Kohut.

- Sama idea darmowego podręcznika jest dobra – dodaje dyrektorka SP nr 157 - ale powinno być tak, że to szkoły dostają pieniądze i kupują podręczniki na wolnym rynku. Wydawcy musieliby wówczas dostosować ceny książek do wysokości dotacji.

Co na to MEN? - Przede wszystkim nie podzielamy opinii, że „Nasz Elementarz” jest zbyt ubogi – zaznacza Joanna Dębek, rzeczniczka resortu. -  Nasze zdanie podziela też wielu nauczycieli i rodziców (w tym nauczyciele i rodzice ze szkół niepublicznych), którzy wzięli udział w konsultacjach społecznych. Każda z części jest również recenzowana przez ekspertów. Elementarz zawiera wszystkie niezbędne treści do edukacji polonistycznej, społecznej, matematycznej i przyrodniczej oraz elementy edukacji artystycznej, które umożliwią nabycie przez uczniów wiedzy określonej przez podstawę programową. W żaden sposób nie odstaje jakością – ani merytorycznie, ani np. graficznie - od podręczników do tej pory dostępnych na rynku.

MEN zapewnia też, że elementarzowi towarzyszyć będą materiały wspierające w postaci „przykładowych programów nauczania, planu nauczania obejmującego wszystkie obszary edukacji wczesnoszkolnej, przykładowych scenariuszy zajęć oraz przykładowych kart pracy. - Ponadto, każda szkoła podstawowa ma prawo do dotacji celowej na zakup materiałów ćwiczeniowych do edukacji wczesnoszkolnej, które mogą dodatkowo wspierać proces nauczania – dodaje rzeczniczka MEN i przypomina: „podręcznik jest tylko jednym ze środków dydaktycznych i nauczyciel może, a wręcz powinien, korzystać z różnorodnych metod i form pracy, jak również innych środków dydaktycznych”.

Ile kosztuje darmowy podręcznik?

Choć od września rodzice pierwszaków dostaną za darmo elementarz, to jednak sama książka darmowa rzecz jasna nie jest.

Na jej przygotowanie, wydrukowanie i dystrybucję pójdzie z kieszeni podatników minimum 15 mln złotych. Tak przynajmniej deklaruje MEN. Każda z 4 części „Naszego Elementarza” ma być wydrukowana w nakładzie 637 tysięcy egzemplarzy. A to oznacza, że cały komplet nie będzie kosztował więcej niż 25 zł. Jeśli dodamy do tego 50 zł na ćwiczenia i 25 zł na książkę do angielskiego, okaże się, że koszt rządowej wyprawki nie przekroczy 100 zł na ucznia. Do tej pory pakiet książek dla pierwszaka kosztował ok. 300 zł.

Nic zatem dziwnego, że – jak podaje GUS - prawie 14 proc. gospodarstw rodzinnych, w których jest troje lub więcej dzieci, nie stać na zakup podręczników szkolnych. Z kolei dane CBOS mówią, że we wrześniu 2013 r. wydatki związane z wyprawką ucznia wyniosły średnio ok. 1,2 tys. zł. - Największą pozycję w budżecie rodziny stanowi zakup podręczników szkolnych, przeciętnie wydano na nie 382 zł w przeliczeniu na jedno dziecko - podaje Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Obecnie na liście podręczników dopuszczonych do użytku szkolnego w klasach I-III widnieje ponad 40 pozycji, a rynek podręczników dla najmłodszych uczniów wart jest ok. 120 mln zł. Te pieniądze mają pozostać w kieszeni rodziców. Jednocześnie tyle stracą wydawcy, którzy nie będą mogli sprzedać swoich książek.

Książki w prezencie od wydawców

Dlatego w odpowiedzi na program darmowego podręcznika, niektórzy z nich również postanowili rozdać szkołom swoje książki.

Pierwsze z akcją ruszyły Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, informując, że przekażą chętnym szkołom swoich „Tropicieli”.

- Tylko bogatsze szkoły, szkoły prywatne, będzie stać na zakup alternatywnych podręczników. Nowe przepisy mogą prowadzić do różnicowania szkół, a więc i dzieci: na bogatsze i biedniejsze, lepsze i gorsze. Temu chcemy przeciwdziałać. Dlatego każda szkoła, która zgłosi się do WSiP otrzyma „Tropicieli” za darmo. Dla wszystkich uczniów w klasie. Bezwarunkowo – mówi Jerzy Garlicki, prezes WSiP.

Jednocześnie przyznaje on, że w magazynach zalega kilkaset  tysięcy wydrukowanych już kompletów podręczników, których nie będzie można sprzedać. - W tej sytuacji jedyne, co możemy zrobić, to je rozdać. Inaczej musielibyśmy je zniszczyć – dodaje Jerzy Garlicki.

Za przykładem WSiP-u poszli inni wydawcy. Ich przedstawiciele ruszyli w rajd po szkołach oferując za darmo podręczniki i ćwiczenia. – Właśnie się zastanawiamy, czy skorzystać z tej oferty – przyznaje Danuta Kohut.

Problem jednak w tym, że to jednorazowa promocja. W przyszłym roku wydawcy raczej nie będą już skłonni do rozdawania książek, a jeśli jakaś szkoła sięgnie teraz po darmowy podręcznik któregoś z wydawców, jej uczniowie będą musieli uczyć się z jego kontynuacji przez kolejne dwa lata. A wówczas zakup książek musiałaby sfinansować gmina, która się do tego nie pali.

Dyrektorzy szkół podkreślają, że problem będzie również z ćwiczeniami, bo nie wiadomo kiedy do gmin i szkół dotrą pieniądze na ich zakup. Resort edukacji radzi więc szkołom, by zamiast kupować uczniom ćwiczeniówki, drukowały dla nich karty pracy. Dodatkowe materiały mają być dostępne na stronie internetowej MEN.

Kolejna rzecz to książka do języka obcego. Na jej zakup rząd chce dać 25 zł, ale obecnie trudno jest znaleźć dobrą książkę w tej cenie. - Nauczyciel będzie musiał wybierać spośród tych najtańszych i zamiast kierować się zawartością podręcznika, będzie kierował się przede wszystkim jego ceną – denerwuje się Danuta Kohut.

Problem będzie również z książkami do informatyki, bo na ich zakup ministerstwo w ogóle nie przewidziało środków. - Zajęcia komputerowe w klasach I-III szkoły podstawowej powinny mieć głównie charakter praktyczny – przekonuje Joanna Dębek.

Ksero zamiast podręcznika

Tych wszystkich problemów można jednak uniknąć. W ustawie podręcznikowej znalazł się bowiem zapis mówiący, że „Nauczyciel może zdecydować o realizacji programu nauczania z zastosowaniem podręcznika albo bez zastosowania podręcznika”. Oznacza to, że z uczniowskich tornistrów w ogóle mogą zniknąć jakiekolwiek książki.

Wcześniej  podręczniki również nie były obowiązkowe, ale w żadnej ustawie nie było to powiedziane wprost. Są jednak nauczyciele, którzy już dawno podziękowali podręcznikom.

- W mojej szkole jest jedna nauczycielka, która od 10 lat w ogóle ich nie używa – mówi Jerzy Kubieniec, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących Integracyjnych nr 3 w Krakowie. - Zamiast tego kseruje uczniom materiały, a także prosi ich o przynoszenie z domu książek na temat omawianego właśnie materiału. Uczniom taki tryb pracy bardzo odpowiada, są przez to bardziej kreatywni i zainteresowani lekcją, bo przynosząc do szkoły własne książki przy okazji mogą pochwalić się swoimi zainteresowaniami.

Co więcej, okazuje się, że ta metoda przynosi efekty. – Co roku dzieci z klasy „bezpodręcznikowej” osiągają lepsze wyniki od uczniów z klas, w których nauczyciele używają standardowych pomocy naukowych – przyznaje Jerzy Kubieniec.

Praca bez podręcznika wymaga jednak od nauczyciela większego zaangażowania i kreatywności, a od szkół chociażby zakupu kserografu. Ustawa podręcznikowa zakłada jednak, że dotację celową zamiast na zakup ćwiczeniówek szkoła może przeznaczyć na kupno np. materiałów potrzebnych do powielania pomocy dydaktycznych dla uczniów.

Anna Kolet-Iciek

made in osostudio