Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Kiepski ze mnie dziadek

Kiepski ze mnie dziadek

22.01.2014

zobacz galerię
Rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim, muzykiem, dziadkiem Julii, Mai, Dawida, Leo i Lily
 
Czy bycie dziadkiem to trudna rola?

Tak, trudna. Cały czas myślę, że się z niej źle wywiązuję. Nie ma co ukrywać: jestem kiepskim dziadkiem. 

Dlaczego?

Za mało zajmuję się wnukami. Nie poświęcam im zbyt wiele czasu i mam o to do siebie pretensje. 

Z dziećmi było tak samo?

Tak i przez to też nieustannie się obwiniam. W dziesięciostopniowej skali dałbym sobie co najwyżej trójkę. Tak rzadko bywałem w domu, że kiedyś mój syn mnie nie poznał. Gdy po dwóch tygodniach zapukałem do drzwi Paweł, który miał wówczas chyba sześć lat spojrzał na mnie i powiedział: "Mamo, przyjechał ten pan, co śpiewa Pszczółkę Maję". 

Ale w relacjach z wnukami jeszcze do niedawna wystawiał Pan sobie lepsze noty. 

Gdy moje wnuki zaczęły przychodzić na świat uświadomiłem sobie, że facet dorasta po czterdziestce i wtedy dopiero powinien zakładać rodzinę. Byłem wtedy wielkim optymistą, myśląc, że sprawdzę się chociaż jako dziadek. Z czasem opadły mi jednak pióra. I teraz już inaczej jestem nastawiony do tego mojego „dziadowania”. Kocham te dzieciaki bardzo, ale czasem dają nam wszystkim w kość.

Jest Pan strasznym malkontentem.

Jestem. Zadręczam się też, że moje dzieci „zasuwają” przy wnukach, a ja im w tym nie pomagam. Biegają z maluchami na angielski, fortepian, pływalnię. 

Ale pewnie mogą liczyć na Pana finansowe wsparcie.
Tak, ale moje dzieci całkiem nieźle same sobie radzą. Aśka jest charakteryzatorką, Kaśka aranżuje wnętrza i zajmuje się produkcją filmową zaś Paweł jest fizjoterapeutą. A wracając do tych wyrzutów sumienia to często się usprawiedliwiam, bo jestem czynnym….

 …artystą 

Niech będzie. Artystą. Może lepiej artystą-kierowcą. Od lat spędzam dużo czasu w salach koncertowych i samochodzie. 

W przerwach między koncertami poucza Pan dzieci, jak mają wychowywać swoje pociechy?  

Skąd! Sam jestem dużym dzieckiem. Cały czas jestem zaabsorbowany, tym co robię zawodowo. Inaczej się nie da. Powinienem się skupić na muzyce, więc też zadręczam się, że za mało ćwiczę, że nie zrobiłem jakiejś aranżacji, albo czegoś nie skomponowałem.

To może chociaż w kwestiach muzycznych dzieci słyszą od Pana jakieś sugestie?

Teraz już nie. Choć wszystkie ukończyły szkołę muzyczną, żadne z nich nie związało swego życia zawodowego z muzyką, bo to bardzo ciężka praca. Do Szkoły Muzycznej przy ul. Basztowej poszły siłą rozpędu. Zapisałem je, bo tak wypadało.
 
To była rodzinna tradycja?

Można tak powiedzieć. O moją muzyczną edukację zadbał ojciec, który był pierwszym trębaczem w krakowskiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji, a także grał w operetce. Dzieci kształcili w tym kierunku też jego koledzy – filharmonicy. Pomyślałem, że innej drogi nie ma. Aśka ćwiczyła więc na skrzypcach, Kaśka na oboju, a Paweł grał na pianinie.  Ale teraz myślę, że zmuszanie córek i syna do żmudnych ćwiczeń było nieporozumieniem. Dziś dzieci, kiedy widzą, jak ja się morduję mają do swojej edukacji dystans. Aśka mówi: tato masz u nas odpuszczone.

Ale swoje dzieci też posłały do szkoły przy ul. Basztowej.

Tak, chodzą tam Leo i Dawid. I powiem szczerzę, że im współczuję. Nie zdziwię się, gdy kiedyś przyjdą i powiedzą, że nie chcą dalej grać, bo nie mogą bawić się iPodem, oglądać kreskówek, czy surfować po internecie. Zawód muzyka wymaga ciągłej pracy i wyrzeczeń. Żeby dobrze grać, trzeba godzinami siedzieć przy instrumencie, piłować skrzypce, albo stukać w klawisze fortepianu. Krótko mówiąc: zapierniczać. To ciężka fizyczna i pamięciowa praca. Przed nimi nieustanne powtarzanie dzieł, które setki lat temu napisali uznani kompozytorzy.

Na jakich instrumentach ćwiczą wnuki? 

Obaj grają na fortepianie. 

(w drzwiach pojawiają się córka Joanna i chłopcy)

Lubicie grać?

Taaaak
 
Zbigniew Wodecki: jestem zaskoczony (śmiech) 

A Pan lubił grać?
 
Pierwsze lata edukacji w szkole muzycznej nieszczególnie mnie cieszyły. Dość późno załapałem, że wygrywanie dźwięków sprawia mi radość. Wcześniej wolałem z chłopakami kopać piłkę. Ale gdy ojciec wracał z próby widział mnie już ze skrzypcami, bo leciałem do domu, gdy tylko nadjeżdżał jego autobus.

Bał się go Pan?
 
Ojciec twierdził że „porządek utrzymuje świat, a ludzi bat". Był cholerykiem. Mama była zupełnie inna. Nigdy na mnie nie krzyczała. Czasem tylko płakała, bo jej sprawiałem problemy. Ciągle rozrabiałem, nie garnąłem się do nauki. Nauczyciele wciąż wpisywali mi do dzienniczka uwagi, a ja te dzienniczki zakopywałem na Plantach. Kiedy potem nauczyciele pytali, dlaczego mama nie przyszła do szkoły kłamałem, że była chora. Z ojcem to by nie przeszło. Czasem dostawałem od niego po głowie. Obiecałem sobie jednak, że swoich dzieci nigdy nie uderzę.
 
Udało się dotrzymać obietnicy?

Niestety, nie. Paweł dostał ode mnie podczas gry na pianinie. Za grosz nie miałem do niego cierpliwości i zdolności pedagogicznych. Dziś za to syna ciągle przepraszam. Tym bardziej, że jest wyższy ode mnie o głowę i ma taką rękę, jak ja nogę. Mam nadzieję, że on już o tym zapomniał.

Dzieci wybrały inne zawody, to może wnuki pójdą Pana śladem. 

Myślę, że Dawidek jest utalentowany, ale z tym talentem różnie bywa. Czasem dziecko dopiero w wieku 11 czy 12 lat załapuje i przegania kolegów, którzy wcześniej już grali trudne utwory. Czasem pomarzę sobie, żeby byli artystami, ale z drugiej strony wolałbym, żeby mieli porządne zawody, bo bycie artystą jest niebezpieczne. Czasem można przymierać głodem. 

Ale można też słyszeć brawa nieprzerwanie od 45 lat? 

Miałem to szczęście, że spotkałem autorytety na swojej muzycznej drodze i to, że w wieku 16 lat znalazłem się na wielkich scenach. To mnie zmuszało do popisywania się, bo moimi egzaminatorami była wyrobiona publiczność. Parę tysięcy ludzi w paryskiej Olimpii, czy niemieckich salach koncertowych. Ale to są przypadki. Gdyby ojciec mnie nie lał, to by nic ze mnie nie było. Mówię, więc swoim dzieciom, że uprawiam fatalny zawód, mówię też to rodzicom, którzy przekonani są o geniuszu swoich dzieci. Grać każdy może, ale to nie ma nic wspólnego z artyzmem. 

Jak się rodzi artysta?

Ciężką pracą, talentem i oddaniem. 

Kto pierwszy odkrył pana talent? 

Nie należałem do tych utalentowanych dzieci, które już w wieku pięciu lat komponują. W dodatku byłem leniwy. Stało się jednak tak, że jeździłem z krakowską orkiestrą radiową, a następnie z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą. Potem zacząłem śpiewać. I tak to się kręci od kilkudziesięciu lat. Kiedyś ktoś mnie pyta, jak to się dzieję, że tak długo utrzymuję się na mętnej powierzchni naszego show-biznesu, zawsze mówię, że na początku kariery trzeba związać się ze znanym nazwiskiem. Ja zacząłem od Bacha (śmiech)

Artyści bywają samotni, Pan ma dużą rodzinę.

Mam szczęście, ale prawdą jest, że ludzie, którzy w błysku fleszy spacerują po czerwonych dywanach są zupełnie sami gdy światła gasną. To, że mam rodzinę traktuję, więc jako swój wielki sukces. Czasem myślę, że przetrwaliśmy, bo często wyjeżdżam i nie mamy czasu, kiedy się pozabijać (śmiech). Z rodziną kontaktuję się telefonicznie.
 
Korzysta Pan też z komputera, iPhonów, iPodów?

Nie, na to nie mam czasu. Moje dzieci mają iPody, bo kupiłem sobie, a potem im dałem. Internetu też nie mam. Bo kradnie czas, a ja muszę ćwiczyć. Przyszło kiedyś do mnie dwóch gości z promocyjną ofertą i zdziwili się: to pan taki popularny, a nie ma internetu? Powiedziałem, że gdybym go miał, to nie byłbym już taki popularny. 

A jak przejdzie Pan na emeryturę?

Ale ja już jestem emerytem. Jako trębacz korzystam z przywileju wcześniejszej emerytury.

Ale emeryt kojarzy się z wygodnym fotelem, ciepłym kocem, i gromadą wnuków u stóp.

Marzę o takiej emeryturze, ale teraz to jest niemożliwe. Dopóki mogę grać to muszę mieć palce rozegrane i usta nabite do trąbki. Nie ma więc emerytury. To koncerty sprawiają, że mając 61 lat, nadal wyglądam na 60 (śmiech). Ale jak przestanę koncertować to boję się, że się posypię. Bo nas trzyma adrenalina i pęd do sukcesu. Brawa i chęć pokazywania się są podstawą naszej egzystencji. 

Takiej chęci nie mają już jednak Pana dzieci. 

Kiedyś był taki moment, że strasznie chciałem się nimi chwalić. Ale one tego nie chciały, bo dbają o swoją prywatność. Podobnie jak moja żona, która w życiu prywatnym gra pierwsze skrzypce. To ona scala naszą rodzinę. 

Śpiewacie wspólnie choćby podczas rodzinnych uroczystości?

Tak było w Święta, które zawsze spędzamy razem w Krakowie, bo jestem konserwatystą i nie wyobrażam sobie żadnego, innego miejsca na takie okazje. Sam pamiętam Boże Narodzenie w naszym mieszkaniu w centrum Krakowa z choinką, która zapaliła się od świeczek i choć takich atrakcji dziś moje wnuki nie mają, to jednak robię wszystko, by te dni również dobrze po latach wspominali. 

A czy wnuki nucą czasem Pszczółkę Maję? 

Nie. Ale bajkę oglądają, bo jest wdzięczna i przyjemna. Nic nie miga przed oczami, jak w przypadku niektórych nowoczesnych kreskówek z 70 ujęciami na minutę. Ten błyskawiczny montaż jest nie do zniesienia.

Ogląda Pan z wnukami jakieś bajki?

Rzadko, bo po półgodzinie przebywania z moimi maluszkami, które robią ze mną co chcą, pragnę spokoju. Chętnie bym sobie nagrał wnuki i oglądał na video. Taki ze mnie dziadek.

A pamiętają o Dniu Dziadka?

Pamiętają, bo rodzice o to dbają. Ja natomiast nie pamiętam o żadnych świętach rodzinnych, urodzinach, imieninach z prostej przyczyny: czasem trudno jest mi sobie przypomnieć co robiłem poprzedniego dnia. Moja siostra przypomina nam o tym, a teraz także Nigel, mąż Kasi, który jest Anglikiem. On ma kalendarz z ważniejszymi datami. 

Jesteście Państwo bardzo rodzinni?

Tak, ale każdy ma swoje problemy i nasze życie to nie jest sielanka. Teraz jestem na takim etapie, że myślę przede wszystkim o zdrowiu członków mojej rodziny. Takie refleksje nachodzą mnie po koncertach charytatywnych, gdzie spotykam wielu ludzi niepełnosprawnych. Oni tak się cieszą, że mogą być razem, a my mamy problemy, że na przykład nasze auto za dużo pali. W życiu trzeba zachować proporcje,  w przeciwnym razie spotka nas kara. 

Rozmawiały:
Magdalena Strzebońska-Jasińska
Anna Kolet-Iciek
 

Foto/Video


Fatal error: Uncaught exception 'Doctrine_Record_UnknownPropertyException' with message 'Unknown record property / related component "type" on "ArticlePhoto"' in /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record/Filter/Standard.php:55 Stack trace: #0 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record.php(1395): Doctrine_Record_Filter_Standard->filterGet(Object(ArticlePhoto), 'type') #1 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record.php(1350): Doctrine_Record->_get('type', true) #2 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Access.php(72): Doctrine_Record->get('type') #3 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/templates_c/%%0E^0E4^0E407559%%footer.tpl.php(97): Doctrine_Access->__get('type') #4 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/smarty/Smarty.class.php(1869): include('/home/krakow05/...') #5 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/templates_c/%%86^861^861EA998%%article.tpl.php(67): Smarty->_smarty_include(Array) #6 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/smarty/Smarty.class in /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record/Filter/Standard.php on line 55