Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Ekorodzina

Ekorodzina

14.10.2014

O przeprowadzce na wieś, uprawach ekologicznych oraz zdrowej żywności rozmawiamy z Justyną Bugaj, która od ponad dziesięciu lat wraz z mężem prowadzi gospodarstwo ekologiczne „Bio Bugaj”. Pani Justyna jest mamą: 17-letniej Kasi, 16-letniego Szymona oraz prawie 2-letniego Antosia.
      
Współcześni Polacy wybierają wygodne życie. Szukają pracy lekkiej, łatwej i szybko przynoszącej gratyfikację finansową. Decydując się na prowadzenie gospodarstwa rolnego postanowiła Pani inaczej.

Gdy na świat przyszło naszych dwoje dzieci, szukaliśmy małej stabilizacji. Do wyboru mieliśmy zakup mieszkania w Krakowie lub domu pod miastem. Okazało się, że w rodzinnej miejscowości mojego męża, czyli w Chełmie pod Wolbromiem na sprzedaż wystawione zostało gospodarstwo rolne i z tej oferty postanowiliśmy skorzystać. Przeprowadzka nastąpiła dopiero po remoncie domu. Przywrócenie tego miejsca do normalnego stanu kosztowało nas dużo pracy. Masę energii włożyliśmy też w odnowienie ogródka wokół domu. Zanim jednak osiedliliśmy się w Chełmie na dobre, przyjeżdżaliśmy tu na weekendy i wakacje. Ale już wtedy uprawialiśmy warzywa na własne potrzeby, a także korzystaliśmy z tego, co było wcześniej posadzone. Prawdę mówiąc prócz pokrzyw, dzikiego bzu oraz drzew owocowych niewiele można było tu znaleźć.

Czy jest Pani rolnikiem z wykształcenia? 

Nie, jestem absolwentką Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Zanim poświęciłam się rolnictwu pracowałam w firmie, która zajmowała się badaniami marketingowymi. 

Skąd więc pomysł na ekologiczne rolnictwo?

Poniekąd stało się to za sprawą moich dzieci, które wdychając krakowskie powietrze i jedząc żywność dostępną w sklepie zaczęły chorować. Miały alergię. To był sygnał, że trzeba coś z tym zrobić i zdrowo je odżywiać. Poza tym moi rodzice są absolwentami Akademii Rolniczej w Krakowie. I pewnie po nich odziedziczyłam zamiłowanie do uprawy ziemi. 

Prowadzili gospodarstwo rolne? 

Nie, pracowali w instytucjach rolniczych. Wydaje mi się jednak, że ja mam  tzw. „gen grzebacza ziemnego” pomimo miejskiego wychowania. Mieszkałam z rodzicami w Rzeszowie, ale jak jeździłam na ich działkę, to cieszyłam się, że mogę mieć własną grządkę z różnymi warzywami. Zawsze o nie dbałam. Pieliłam i podlewałam, a potem byłam dumna, gdy mogłam coś wyhodować i się tym podzielić. 

Jak rodzice zareagowali, gdy im Pani oznajmiła, że zwiąże życie z rolnictwem?  

Gdy jeszcze pracowałam zawodowo, ale już zaczynaliśmy własną działalność na niewielką skalę i mieliśmy pierwsze zamówienia, to tata przestrzegał, że to nie jest dobry pomysł, bo praca ciężka, zarobek niepewny, a przez to niepewne jutro. Dużo miał w tym racji, bo to jest rzeczywiście niepewny dochód i niepewne jutro. Nie wszystko jest przecież od nas zależne. Czasem jest tak, że choć włożymy mnóstwo pracy, to pogoda może spłatać nam takiego figla, że zbiory będą marne.

Jak duże jest Państwa gospodarstwo? 

Ma ponad 5 hektarów. Praktycznie na całej tej ziemi - prócz 20 arów, na których stoi dom otoczony ogródkiem -  uprawiamy drzewa owocowe i warzywa. Nie wycięliśmy też starych drzew, choć teraz jest moda na sadzenie wokół domu takich krzewów, które nie będą zaśmiecać liśćmi i igłami otoczenia. 

Korzystają Państwo z pomocy innych osób przy uprawie ziemi?

Większość prac staramy się wykonywać sami, ale wspomagamy się również pracownikami najemnymi. Ale wydaje mi się, że jak sami coś zrobimy, to zawsze lepiej i z sercem. Nasza praca rozłożona jest na dwanaście miesięcy. Pory roku warunkują tylko rodzaj czynności. Od wiosny do jesieni prawie nie schodzimy z pola, a zimą zajmujemy się już tylko hodowlą zwierząt: kur, królików, gęsi. Dzięki temu mamy bardzo dobry nawóz dla roślin.

Czy Państwa gospodarstwo specjalizuje się w jakiś uprawach?
 
Najwięcej pracy wkładamy w uprawę warzyw, bo to jest główne źródło naszego dochodu. Sadzimy marchewki, pietruszki, pory, buraki oraz warzywa sezonowe. Mamy też sad owocowy, ale na razie drzewa są młode i owoców jest niewiele.
Czy czuje Pani różnice między tym co sama zasadzi, a tym co można kupić w miejskich warzywniakach?
Pewnie. Różnica jest w smaku i zapachu. Poza tym po naszych warzywach dzieci nie mają alergii. Dlatego staram się, by jak najdłużej je jadły. Robię więc przetwory na zimę, zamrażam, suszę. Kiedy jeszcze pracowałam w mieście, a już miałam gospodarstwo - koleżanki pytały mnie, kiedy ja mam na to wszystko czas. Odpowiadałam, że mam niewiele, ale lubię to robić. 

Coraz częściej współczesne gospodynie powracają do starej tradycji robienia na zimę zapasów z owoców i warzyw. Nie chcą, by na stole leżały tylko produkty zakupione w sklepie.
 
Dawniej robiło się przetwory ze względu na sytuację ekonomiczną, bo w sklepach nie było dostępu do wielu rzeczy i zmuszało to rodziny do wykorzystywania wszystkiego, co urosło im w ogródku. W moim domu mama o to dbała i miło było w zimie otworzyć taki słoik z wiśniami czy śliwkami. One miały swój specyficzny smak i aromat. Teraz ludzie zaczynają powracać do tamtych czasów i zaczynają przygotowywać przetwory dla siebie. I to dobry znak.

Jak wyglądały początki Państwa działalności? 

Nie był to łatwy dla nas czas. Instytucje powołane do tego, by służyć rozwojowi ekologicznego rolnictwa na początku zwodziły nas, przez co musieliśmy wstrzymać nasze plany na 1,5 roku. Po jakimś czasie zdobyliśmy jednak adres do gospodarza, który zajmował się ekologiczną uprawą i to on nas pokierował do właściwych urzędów, byśmy mogli zalegalizować taką formę działalności. Z pespektywy czasu myślę, że sam proces produkcji powinien być sprawą najistotniejszą. Jest jednak inaczej. Rządzi biurokracja. Owszem jakość upraw, czy ziemi powinna być sprawdzana i ma to sens, ale instytucje większy nacisk kładą na kontrolę administracyjną. Dla nich trzeba mieć przede wszystkim porządek w papierach, a przecież wszystkie czynności związane z dokumentacją zabierają rolnikom dużo czasu. 

Państwa marchewki, pietruszki, czy pory są bardzo okazałe. Czy w gospodarstwach ekologicznych można korzystać z jakiś nawozów?

Tylko z organicznych: oborników czy kompostów. Z takich samych, jak kilkadziesiąt lat temu korzystali rolnicy, Wówczas nawozy chemiczne były bardzo drogie i niewiele osób mogło sobie na nie pozwolić. Potem zrobiły się bardziej dostępne i jednocześnie powszechne były też szkolenia rolników, które spowodowały, że odeszli od nawożenia organicznego na rzecz sztucznego. To im ułatwiało życie, bo do uprawy ziemi nie była konieczna hodowla zwierząt, która jest dodatkowym obowiązkiem. Nie każdy z rolników ma na nią czas. My jednak hodujemy zwierzęta. Poza tym też wprowadzamy inne rozwiązania wspomagające nawożenie organiczne. Same rośliny mogą być podstawą do nawożenia,  bo zawsze można użyźnić glebę jakimiś przedplonami, które po zaoraniu są nawozem dla innych roślin. Na przykład żytem, gorczycą, czy łubinem.

Czy Państwo czasem korzystają ze środków chemicznych? 

Nie, choć jest wykaz takich substancji, dopuszczalnych przy uprawach ekologicznych. My wykorzystujemy właściwości naturalne roślin, którymi można zwalczyć szkodniki. Używamy również mikroorganizmów, choćby szczepów bakterii, które służą do ochrony upraw, a także wspomagają produkcję i sprawiają że te rośliny są zdrowsze i silniejsze. Dzięki tym substancjom gleba jest bardziej pulchna i żyzna. 

Jakie były zbiory w tym roku. Udane?

Tak, choć zapowiadało się gorzej biorąc pod uwagę nieciekawą pogodę. Ale jeszcze nigdy nie było tak źle, byśmy nic nie zebrali. Są tylko gorsze i lepsze lata, jeśli chodzi o wydajność produkcji.

Jakie jest zapotrzebowanie na zdrowe jedzenie? Czy ludzie mają większą świadomość, tego co kupują?

świadomość konsumentów jest większa, przez co wzrasta zapotrzebowanie na takie produkty. Naszymi klientami są dwie grupy. Jedni muszą odżywiać się taką żywnością ze względu na zdrowie, drudzy zaś chcą zapobiec pewnym chorobom. Są to przede wszystkim rodzice małych dzieci, którzy z wielką troską podchodzą do swoich pociech. Zwłaszcza przez pierwsze miesiące po narodzinach. Gdy dziecko jest starsze, to bywa z tym różnie. Mogę jednak powiedzieć, że coraz częściej jest tak, że jak ktoś już spróbuje lepszych roślin, nabiału czy mięsa, to nie wyobraża sobie powrotu do jedzenia ze sklepu. Ale nie wszystkich na to stać. Zanim jednak wybierzemy tańszy produkt, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy zjeść na przykład marchewkę, czy też wyrób marchewkopodobny.

Od ubiegłego roku w Krakowie działa Targ Pietruszkowy, na którym co sobotę producenci zdrowej żywności sprzedają swoje produkty. Państwo też tam jesteście.

Targ Pietruszkowy to bardzo dobra inicjatywa. Z tygodnia na tydzień przybywa i klientów i dostawców, którzy przywożą pyszne produkty. Sama też się u nich zaopatruję. To jedyne takie miejsce w Krakowie ze zdrową żywnością, które stwarza  bezpośredni kontakt z klientem. To bardzo cenne, gdy nabywca widzi osoby zajmujące się sprzedażą żywności ekologicznej, bo przez to ma większe zaufanie do tych produktów. 

Z czasem klientów będzie przybywać. Będą Państwo powiększać gospodarstwo?

Mamy plany rozwoju, ale czas pokaże czy uda nam się zrobić parę kroków do przodu. Nie chcę jeszcze mówić, w jakim kierunku zamierzamy iść. Są w Polsce ogromne gospodarstwa ekologiczne, mające nawet ponad 300 hektarów. Ich właściciele sadzą rośliny na specjalnych matach. Są też specjalne maszyny, które te maty rozciągają oraz sadzarki. Ten sprzęt jest bardzo drogi i opłaca się w niego zainwestować, gdy ma się wielkie areały. Jest to jednak trochę inny niż nasz sposób wytwarzania zdrowej żywności. Bardziej anonimowy. U nas wszystko dzieje się za sprawą rąk. I ja sobie to bardzo cenię.

Rozmawiała Katarzyna Samborksa
 

made in osostudio