Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Chcę tylko, żeby szkoły były lepsze

Chcę tylko, żeby szkoły były lepsze

04.12.2013

Rozmowa z Tadeuszem Matuszem, wiceprezydentem Krakowa do spraw edukacji. Wcześniej Tadeusz Matusz był nauczycielem matematyki m. in. w III i V LO, członkiem Zarządu Miasta Krakowa I kadencji, pełnił funkcję dyrektora krakowskiego wydziału edukacji, był też dyrektorem departamentu w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
 
- Rok temu o tej porze w krakowskiej oświacie wrzało. Po mieście krążyła czarna lista szkół do likwidacji. Rodzice i nauczyciele protestowali. A teraz cisza. Przed burzą?

- Mam nadzieję, że nie. Choć oczywiście nie wiem, co zrobią moi następcy po wyborach.

- W tym roku, przed wyborami samorządowymi, nie będzie podejmowania niepopularnych decyzji?

- Raczej nie.

- A jednak ostro zabrał się Pan za szkoły.

- Ponieważ nie chcę, by zapanowała stagnacja, a to nam właśnie groziło. Nawet jeden z dyrektorów powiedział mi niedawno: myśleliśmy, że – po tym, co działo się w ubiegłym roku - będziemy mieć chwilę wytchnienia, a pan znów sieje niepokój i każe nam się tłumaczyć z wyników. 

- Niedawno, na łamach jednej z gazet, ogłosił Pan, że chce żeby wyniki szkół były wywieszane na ich drzwiach, czym wzbudził Pan konsternację w środowisku. Dyrektorzy kiepskich szkół zarzucają Panu, że jako nauczyciel w topowych ogólniakach, nie miał do czynienia z naprawdę trudną młodzieżą, z jaką oni muszą pracować.

- Słyszałem to wielokrotnie. Pracowałem także w Zespole Szkół Mechanicznych, gdzie miałem do czynienia zapewne z trudniejszą młodzieżą, a oni mimo to chcieli, abym ich uczył. Wyniki, z których chcę rozliczać szkoły, to edukacyjna wartość dodana, która pokazuje, na ile szkoła wykorzystuje potencjał ucznia: rozwija go czy nie, a może marnuje jego zdolności. Jak ktoś mi mówi, że ma kiepski wynik egzaminu, bo pracuje w trudnym środowisku, to ja się z tym zgadzam, bo rzeczywiście dużo tu zależy od środowiska, ale kiedy mówimy o EWD, to jest już zupełnie inna rzecz. Jestem już po pierwszych spotkaniach ze szkołami z najsłabszymi wynikami edukacyjnej wartości dodanej. 

- I co im Pan powiedział?

- Bardziej słuchałem, niż mówiłem.

- Wszyscy, jak podejrzewam, obiecali poprawę?

- Oczywiście. Optymistyczne jest to, że oni nie kwestionowali tych wyników, nie polemizowali z nimi, nie próbowali się tłumaczyć. Wszyscy potraktowali to jako zadanie do wykonania.

- Ale przecież o tym, że mają kiepskie EWD wiedzieli od dawna i do tej pory nic z tym nie robili.

- Tym razem dowiedziało się o tym całe środowisko szkolne, bo zaprosiłem do siebie nie tylko dyrektorów szkół, ale także przedstawicieli rodziców. Chciałem, żeby wszyscy zainteresowani się o tym dowiedzieli i nad tym się zastanowili.

- I liczy Pan, że to podziała na szkoły stymulująco i że wezmą się do roboty?

- Tak, bo teraz o tych wynikach wiedzą już wszyscy: rodzice, uczniowie, całe środowisko, a nie tylko dyrektor i grono pedagogiczne. Będą się obawiać, że na drugi rok może już nie przyjdą do nich uczniowie. Poza tym fakt upowszechnienia informacji, którą trudno się chwalić, mobilizuje do refleksji i chęci uzyskania wyników lepszych.

- Ile czasu szkoły dostały na poprawę?

- Kolejne takie spotkanie chcę zorganizować z nimi już w styczniu, ale w oświacie liczy się oczywiście rok szkolny. Chcę żeby przez ten czas popracowały nie nad swoją wiedzą matematyczną, polonistyczną, czy biologiczną, bo tę najczęściej mają dużą, ale nad metodą uczenia. Warsztat nauczyciela jest czasem ważniejszy od wiedzy. Poradziłem im, by przyjęli, że niekoniecznie sami potrafią poprawić te wyniki, być może potrzebna jest im pomoc z zewnątrz. Są pieniądze na doskonalenie zawodowe nauczycieli, mamy w Krakowie kilka uniwersytetów, ośrodki doskonalenia, są doradcy metodyczni. Można skorzystać z tej pomocy.

- Ilu szkół to dotyczy?

- Dziesięciu najsłabszych. Byli u mnie przedstawiciele zarówno szkół podstawowych, gimnazjów, jak i liceów.

- A ile jest w Krakowie takich szkół, które mają niezadowalającą EWD?

- Niestety w granicach połowy. 

- Może tak jest wszędzie?

- Właśnie nie. Sprawdziłem jak to jest w Krośnie. Na 11 szkół, nie mają ani jednej w staninach najniższych, jedna jest w środku, a 10 w górnych. Czy tam jest inne środowisko? Dużo lepsze niż tu?

- Mimo wszystko będę bronić tych słabych szkół.
- Ale przecież nikt ich nie atakuje.

- Wzywa Pan dyrektorów na dywanik, straszy wywieszaniem wyników. To nie jest atak?

- Nie na dywanik, tylko na rozmowę, nie straszę lecz uświadamiam, że to nie jest wewnętrzna sprawa szkoły, ale całego środowiska, także bardzo istotna dla organu prowadzącego. Chcę, i to bardzo, żeby były lepsze.

- Może te słabe gimnazja też są potrzebne? Może uczniowie, którzy gdzie indziej nie znaleźliby sobie miejsca, dobrze się w nich czują? Dyrektorzy tych szkół często podkreślają, że dla nich największym sukcesem jest to, że uczniowie w ogóle przychodzą na lekcje. Obawiam się, że jak teraz ze strachu zaczną dokręcać im śrubę, to wielu młodych ludzi znów zamieni szkolne ławki na ławki pod blokami.

- Czy z obawy przed tym mam przestać mówić o wynikach? To tak, jakbym uznał, że uczeń jest słaby, pogodził się z tym i przestał od niego wymagać. Dopóki wymagam, dopóty mi na kimś zależy. Dam Pani przykład z mojego podwórka. Przyszła do mnie kiedyś mama uczennicy i powiedziała, że jest mi wdzięczna, bo jak jej córka zaczynała szkołę, to była z matematyki ledwie dostateczna, a teraz na wyjściu jest plus dostateczna, i za ten plus ona mi bardzo dziękuje. Ja nie twierdzę, że wszystkie szkoły muszą być piątkowe. Nie muszą też śrubować wyników. Oczekuję od nich tylko tego, by nie marnowały możliwości uczniów. Skoro już tego ucznia przyciągnęli do szkoły, to niech go tam czymś zajmą. Jeśli przychodzi do nich słabe dziecko, to na wyjściu powinno być przynajmniej na tym samym poziomie, a nie jeszcze słabsze. Tymczasem edukacyjna wartość dodana połowy krakowskich gimnazjów wskazuje, że wypuszczają gorszych uczniów niż przyjęły. I na to nie ma mojej zgody.

- Jeśli w przyszłym roku nadal będzie Pan rządził krakowską oświatą, podejmie Pan próbę likwidacji niepotrzebnych szkół? Mówi się, że w Krakowie powinno się zamknąć minimum kilkanaście placówek.

- Zgadza się, że mamy wiele szkół, których budynki nie są wykorzystane i to niewątpliwie jest zadanie adresowane do następnego wiceprezydenta do spraw edukacji. Gdybym to ja nim był, oczywiście musiałbym zmierzyć się z tym tematem.

- Jakie kryteria brałby Pan pod uwagę? Ważniejszy dla Pana jest koszt utrzymania szkoły czy jej wyniki?

- Niech się szkoły bronią jakością. 

- Pana poprzedniczka nie stroniła od trudnych i niepopularnych decyzji. Zdołała przekształcić stołówki, dzięki czemu miasto nie dopłaca już do obiadów, ale rodzice płacą więcej. Pana zdaniem to był dobry krok?

- Nie wiem. Nie mam głosów narzekających na jakość obiadów, ale zgadza się, że dla niektórych rodziców zapłacenie ośmiu złotych za obiad zamiast dotychczasowych czterech, to spora różnica. Ale z drugiej strony mam wątpliwości czy gmina z pieniędzy podatników powinna fundować posiłki wszystkim, niezależnie od ich statusu materialnego. Pomysł, że najbiedniejszym pomaga pomoc społeczna, a zamożniejsi płacą sami, jest chyba dobry.

- Po przekształceniu stołówek spadła jednak liczba dzieci jedzących obiady w szkole. Czy już wiadomo o ile dokładnie?

- Myślę, że może to być nawet połowa. Dziś byłem w jednym z gimnazjów; okazało się, że tam obiady z firmy cateringowej za 8 zł, je zaledwie 10 dzieci. Wcześniej ze stołówki korzystało ok. 60. Teraz te dzieci, które nie jedzą obiadu, kupują sobie coś w sklepiku, najczęściej niezdrowego i mało pożywnego. Być może w perspektywie czasu źle na tym wyjdziemy. Tego niestety nie przewidziano. 

- To może podejmie Pan próbę powrotu do tego, co było?

- Na pewno nie będę robił w tym temacie gwałtownych ruchów. Trudno byłoby teraz powiedzieć tym wszystkim ajentom, że zrywamy z nimi umowy i zaczynamy gotować po staremu, to byłoby nieodpowiedzialne. Choć oczywiście coś takiego jest możliwe. Nie chciałbym jednak, by zabrzmiało to jak jakaś deklaracja z mojej strony.

- Widzę, że nie jest pan entuzjastą prywatyzacji stołówek.

- Entuzjastą rzeczywiście nie jestem. Przyglądamy się bacznie temu i pod koniec semestru będziemy być może wiedzieć coś więcej. Zajęcie się tym tematem zostawię już swojemu następcy.

- A może podejmie Pan próbę restrukturyzacji Młodzieżowych Domów Kultury?

- Już nawet rozmawiałem z ich dyrektorami. To jest sprawa, którą na pewno należy uregulować. Jestem przewodniczącym Komisji Edukacji Związku Miast Polskich, chcę tą drogą dotrzeć do ustawodawcy, żeby uelastycznił przepisy. Tak, aby ci nauczyciele mogli pracować np. 25 godzin w tygodniu zamiast 18 lub 40. Tę dyskusję mam przed sobą. 

Rozmawiała (AK)
Fot. Natalia Włodarczyk

made in osostudio