Poprosiliśmy cztery rodziny, które mieszkają „na obczyźnie” i tam posyłają dzieci do przedszkola, by podzieliły się z nami swoimi obserwacjami. W naszym zestawieniu chyba najgorzej wypadła Holandia. Tu nie dość, że przedszkola są drogie i trudno dostępne, to jeszcze rzadko zdarza się, by serwowały maluchom ciepłe posiłki. Również w Norwegii nie troszczą się specjalnie o jakość podawanego dzieciom jedzenia i nie widzą problemu, by na obiad dostały np. kanapkę popitą wodą z kranu. Chyba najlepiej mają natomiast rodzice przedszkolaków w Szwecji i Francji. Okazuje się też, że na tle Europy, Polska nie wygląda tak źle.
Norwegia: na obiad kanapka i woda z kranu
Rodzina Ostafinów ponad rok temu wyjechała do Norwegii. Od tego czasu Zosia uczęszcza do tamtejszego przedszkola. Czy jej rodzice są z niego zadowoleni?
– Nie wszystko nam się tu podoba – przyznaje Natalia Ostafin.
Jej zdaniem pierwsze zetknięcie się z norweskim przedszkolem, to dla Polaków prawdziwy szok. Po pierwsze dzieci są na zewnątrz co najmniej trzy godziny dziennie i to bez względu na to jaka jest pogoda. Wychodzą nawet jak leje; maluchy śpią w wózkach przy minus 10 stopniach Celsjusza, a starszaki taplają się w błocie. - Ten aspekt norweskiego przedszkola, akurat podoba mi sie najbardziej, bo dzieci nabierają odporności. Odkąd jesteśmy w Norwegii Zosia ani razu nie była chora – podkreśla Natalia.
Norweskie przedszkolaki dużo czasu spędzają też na wycieczkach plenerowych. Zabierają wówczas ze sobą prowiant i jedzą lunch na świeżym powietrzu. Dzieciaki mają też ogromną swobodę jeśli chodzi o zabawy: nikt nie przeszkadza im w bawieniu się błotem czy skakaniu po kałużach. Ponieważ maluchy spędzają mnóstwo czasu na dworze bez względu na pogodę, muszą mieć specjalne ubranie. - Koniecznie trzeba kupować je w Norwegii, bo tylko taki kombinezon jest w stanie to wszystko wytrzymać i nie przemoknąć – mówi mama Zosi.
A teraz coś, co rodzinie Ostafinów już tak bardzo się nie podoba:
– Chodzi o jedzenie. Pod tym względem, szczerze mówiąc, przeżyliśmy szok i załamanie – przyznaje Natalia. - Tu w większości przedszkoli dzieciom nie podaje się ciepłych posiłków. W przedszkolu Zosi nie jest najgorzej, bo przynajmniej dwa razy w tygodniu maluchy dostają coś ciepłego do zjedzenia, ale nie zawsze jest to dobrej jakości, bo oprócz ryby, czy mięska z warzywami, dzieci dostają też często … parówkę z frytkami!
W pozostałe dni mali Norwegowie jedzą kanapki, popijając je wodą z kranu lub zimnym mlekiem. Około czternastej jedzą z kolei tzw. matpakken, czyli to co przyniosą sobie z domu.
- Pierwsze tygodnie były dla mnie bardzo trudne, bo zamartwiałam się, czy Zosia nie pada z głodu i jako „matka Polka” byłam gotowa biec z ciepłą zupą w termosie – śmieje się Natalia.
W norweskim przedszkolu, inaczej niż w polskim, dzieci nie mają zbyt wiele specjalnie organizowanych zajęć edukacyjnych. Uczą się piosenek czy gry na instrumentach, ale najwyżej dwa razy w tygodniu. Poza tym malują, bawią się klockami lego i plasteliną.
– Jak dla mnie to trochę mało kreatywne – przyznaje mama Zosi.
Szwecja: przedszkole dla każdego malucha
Anna pięć lat temu przeprowadziła się na stałe do Szwecji, skąd pochodzi jej mąż Malkolm. Córka Kaja urodziła się w Sztokholmie. – Szwecja to kraj stworzony do tego, by posiadać dużą rodzinę – mówi Anna.
Tu do przedszkola można zapisać malucha, który skończył roczek. Kiedy ma sześć miesięcy rodzice rejestrują go na specjalnej stronie internetowej poświęconej rekrutacji i ustawiają się w wirtualnych kolejkach do pięciu wybranych przez siebie publicznych placówek.
– Oprócz tego w Szwecji działają też przedszkola prywatne, które mają swoje indywidualne kolejki i nie różnią się od tych publicznych – opłaty i zasady przyjęć są identyczne – podkreśla Anna.
Co ciekawe, państwo ma obowiązek zapewnić miejsce w przedszkolu każdemu dziecku, które skończyło roczek. Nie musi to być jednak wybrana przez rodziców placówka.
- My dostaliśmy przedszkole, kiedy Kaja skończyła 15 miesięcy. Było to jedno z wybranych przez nas, ale nie to, które podobało nam się najbardziej. Mąż zadzwonił więc do „urzędu przedszkoli” i bez problemu przeniesiono nas do innej kolejki. Dostaliśmy się też do przedszkola prywatnego, ale w końcu Kaja poszła do publicznego, bo bardziej podobał nam się jego ogród – opowiada Anna.
Jak podkreśla w szwedzkich przedszkolach fajne jest to, że dzieci przebywają w grupach mieszanych, to znaczy starsze i młodsze są razem i te młodsze uczą się od starszych, a starsze opiekują się maluchami i przez to czują się dowartościowane. - Dobre jest też to – dodaje Anna - że dzieci są niemal cały czas na świeżym powietrzu. Nawet kiedy pada i śnieży.
Przedszkolny dzień Kai zaczyna się o godzinie 9 właśnie od zabaw pod gołym niebem. Około godziny 10 dzieci wracają do budynku, gdzie jedzą małą przekąskę, zwykle są to owoce. Potem chwila zabawy i o 11.30 dostają lunch. Przy czym zawsze w piątek jest zupa, a w środę ryba. Po obiedzie drzemka, potem znowu zabawa i o 14.30 podwieczorek – kanapki z chleba pieczonego codziennie w przedszkolu. Po posiłku dzieci znów wychodzą na zewnątrz, gdzie czekają na rodziców. Każdy nowy tydzień w przedszkolu maluchy zaczynają od piosenki. Jedna pani gra na pianinie, a wszystkie dzieci głośno śpiewają.
- Kaja jest w przedszkolu codziennie od 9 do 15.30. Płacimy za to najwyższą możliwą stawkę - 1260 koron, czyli w przeliczeniu na złotówki jakieś 600 zł. W Szwecji to tyle co 15 lunchów. Opłaty są uzależnione nie tylko od tego, ile czasu dziecko spędza w przedszkolu, ale także od tego, ile zarabiają jego rodzice – mówi Anna.
Holandia: ciepły obiad to rarytas
Ewa od roku pracuje jako wykładowca na Uniwersytecie w Leiden w Holandii. Jej czteroletnia córka Lilii chodzi do tamtejszego przedszkola. – Holendrzy chyba nie znają pojęcia polityka prorodzinna – śmieje się Ewa.
Co prawda w Holandii do przedszkola można zapisać już kilkumiesięcznego niemowlaka, ale tylko w teorii. Przedszkola są tu bowiem wyjątkowo trudno dostępne. Państwo nie ma obowiązku zapewnienia miejsca w placówce każdemu chętnemu, dlatego listy oczekujących są bardzo długie (skąd my to znamy?).
Na dodatek holenderskie przedszkola są bardzo drogie. Średnia pensja w Holandii wynosi 2136 euro, a czesne w przedszkolu to około 1700 euro (jeśli dziecko chodzi pięć dni w tygodniu). Za godzinę opieki wychodzi więc 7,24 euro. Państwo zwraca część tej kwoty, w zależności od dochodu rodziców, ale zwykle jest to nie więcej niż 500 euro. – Tu praktycznie mało kogo stać na to, by dziecko było w przedszkolu codziennie. Dlatego normą jest, że kobiety pracują trzy dni w tygodniu, a w pozostałe zajmują się dzieckiem, albo ojciec pracuje cztery dni, matka cztery, a dziecko idzie do przedszkola na trzy dni. Lilii chodzi do przedszkola trzy dni w tygodniu. W czwarty przychodzi do niej opiekunka, która za 8 godzin bierze 60 euro, a piąty dzień pracujemy z mężem w domu – tłumaczy Ewa.
Na dodatek holenderskie przedszkola są bardzo drogie. Średnia pensja w Holandii wynosi 2136 euro, a czesne w przedszkolu to około 1700 euro (jeśli dziecko chodzi pięć dni w tygodniu). Za godzinę opieki wychodzi więc 7,24 euro. Państwo zwraca część tej kwoty, w zależności od dochodu rodziców, ale zwykle jest to nie więcej niż 500 euro. – Tu praktycznie mało kogo stać na to, by dziecko było w przedszkolu codziennie. Dlatego normą jest, że kobiety pracują trzy dni w tygodniu, a w pozostałe zajmują się dzieckiem, albo ojciec pracuje cztery dni, matka cztery, a dziecko idzie do przedszkola na trzy dni. Lilii chodzi do przedszkola trzy dni w tygodniu. W czwarty przychodzi do niej opiekunka, która za 8 godzin bierze 60 euro, a piąty dzień pracujemy z mężem w domu – tłumaczy Ewa.
Co ciekawe, za tę cenę holenderscy rodzice dostają najczęściej przedszkole, które nie serwuje maluchom ciepłych posiłków. – Przedszkole Lilii jest chyba jedynym, w którym dzieci jedzą normalny obiad. W pozostałych maluchy żywią się kanapkami – mówi Ewa. – Oprócz tego, rano w przedszkolu Lilii dzieci jedzą owoce, a ok. 15.30 kanapki lub krakersy z serem.
W Holandii do szkoły obowiązkowo idą już czteroletnie dzieci. Czterolatek zostaje uczniem … dzień po swoich czwartych urodzinach. Lekcje w szkole kończą się ok. 13 i wówczas przedszkole zabiera malucha z powrotem do siebie na popołudnie.
Francja: przedszkole za darmo
- We Francji nie ma problemu z dostępnością do przedszkoli. Można do nich zapisać każdego trzylatka, który nie nosi pieluchy, a państwo ma obowiązek zapewnić dla niego miejsce w placówce – opowiada Justyna, która od ponad dziesięciu lat mieszka w niewielkiej miejscowości pod Paryżem.
We Francji są zarówno państwowe jak i prywatne przedszkola. Za te drugie płaci się około 80 euro miesięcznie z wyżywieniem. Natomiast przedszkola państwowe są bezpłatne, dzieci dostają też za darmo podręczniki. – Jedyne koszty jakie ponosi rodzic to wyżywienie i świetlica (dla dzieci, których rodzice nie mogą odebrać w godzinach pracy przedszkola). Stawki ustalane są indywidualnie po obliczeniu średnich zarobków rodziny. Jeśli rodziców nie stać, gmina może za nich pokryć te koszty i dotyczy to również przedszkoli prywatnych. Można też dziecko odebrać w godzinie posiłku i przyprowadzić po nim – opowiada Justyna.
We Francji dzień przedszkolaka zaczyna się zwykle o godzinie dziewiątej i kończy o siedemnastej. Poranki najczęściej przeznaczane są na zajęcia „umysłowe”, a popołudnia na zajęcia „praktyczne”. Dzieci spędzają przynajmniej godzinę przed południem i godzinę po południu na świeżym powietrzu. Przez pierwsze dwa lata obowiązkowa jest też popołudniowa drzemka.
Posiłek na stołówce składa się z przystawki (często jest to surówka), gorącego dania, sera i deseru. Menu układa dietetyk. – W naszym mieście wszystkie posiłki wychodzą z kuchni centralnej, nad którą pieczę ma merostwo i są rozwożone do miejskich szkół i przedszkoli – mówi mama Marysi.
We Francji dzieci mogą uczęszczać też do tzw. centrów zabaw, które są prowadzone głównie przez gminy i organizacje pozarządowe. Oferują opiekę dzieciom, gdy przedszkola nie pracują (czyli popołudniami, w środy oraz w wakacje). Dzieci mogą przebywać także w garderies périscolaires prowadzonych przez gminy albo związki rodziców. Jest to rodzaj świetlicy znajdującej się na terenie szkoły. Za pobyt dziecka w świetlicy naliczana jest opłata, której wysokość uzależniona jest od zarobków.
WYSŁUCHAŁA
AGNIESZKA KARSKA