- Na ostatnim zebraniu w przedszkolu panie oznajmiły nam, że rodzice nie mogą opłacać dojazdu dzieci do teatru lub na organizowanie wycieczek np. do muzeum, a ponieważ przedszkole nie dostało na to pieniędzy, nasze dzieci w tym semestrze w ogóle nie będą jeździć na wycieczki – mówi mama czteroletniej Julki.
Winna jest nowa ustawa przedszkolna i miejscy urzędnicy, którzy poskąpili pieniędzy na publiczne przedszkola. Ale po kolei.
Wszystko zaczęło się we wrześniu ubiegłego roku, kiedy w życie weszła tzw. ustawa przedszkolna. Po pierwsze wprowadziła ona dotacje z budżetu państwa na przedszkola (dotychczas finansowane one były z kasy samorządu), po drugie obniżyła do złotówki opłatę za godzinę pobytu dziecka w przedszkolu, a po trzecie zabroniła pobierać od rodziców jakichkolwiek dodatkowych opłat, w tym na organizację zajęć dodatkowych czy wycieczek.
Ministerstwo Edukacji tłumaczyło, że prowadzeniem takich ekstra lekcji dla wszystkich dzieci mogą zająć się nauczyciele w ramach swoich etatów lub firmy zewnętrzne, które można opłacać z dotacji, jaką samorządy dostają z budżetu państwa na każdego przedszkolaka. Kraków zdecydował się na to drugie rozwiązanie, ale dopiero w listopadzie ubiegłego roku. Wówczas też przedszkola dostały 2,4 mln zł, które musiały wydać w niespełna dwa miesiące. Po wyliczeniach okazało się, że na każdego malucha wypadło po 64,27 zł miesięcznie. Przedszkola miały problem z wydaniem tych pieniędzy. Maluchy uczyły się angielskiego, tańca, gry w szachy, miały zajęcia z rytmiki, karate, a nawet francuskiego. Były też częstymi gośćmi w teatrach, kinach czy muzeach.
- Nasze przedszkolaki przynajmniej dwa razy w tygodniu mają jakąś wycieczkę lub atrakcję na terenie przedszkola . Dziś zwiedzały Sukiennice, wczoraj oglądały przedstawienie teatralne. Organizujemy dla nich również ciekawe i różnorodne warsztaty. – mówiła nam w grudniu Marta Mikucka-Oramus, dyrektorka Przedszkola nr 43 w Krakowie.
Pieniędzy było tak dużo, że wszystkich nie udało się wydać. To co zostało poszło na zabawki i pomoce dydaktyczne.
W styczniu wszystko się skończyło. Miasto obcięło o połowę dotację na organizację zajęć dodatkowych. Teraz pieniędzy wystarcza jedynie na język angielski i rytmikę. A to i tak, tylko dlatego, że firmy organizujące te zajęcia zgodziły się pracować za mniejsze stawki. W wielu przedszkolach nie ma już mowy o żadnych innych zajęciach, ani wycieczkach.
– Do tej pory płaciliśmy za wynajem busa, który dowoził dzieci np. do teatru. Teraz nie możemy tego robić, więc siedzą na miejscu – denerwują się rodzice dzieci z jednego z krakowskich przedszkoli publicznych.
Tadeusz Matusz, wiceprezydent Krakowa odpowiedzialny za edukację, który od nas dowiedział się o problemie winą za zaistniałą sytuację obarcza autorów ustawy przedszkolnej. – Ta ustawa jest zerojedynkowa: albo gmina płaci, albo przedszkolaki nie mają zajęć. Pytanie, czy przypadkiem nie wylano przy okazji dziecka z kąpielą – mówi wiceprezydent.
- Najbardziej żal mi tych wycieczek – dodaje Tadeusz Matusz. - Myślę, że są one nawet ważniejsze i bardziej pożyteczne dla maluchów niż nauka języka angielskiego. Traktuję to jako ważny sygnał i postaram się na ten temat porozmawiać z dyrektorkami przedszkoli.
Od takiej rozmowy oczywiście nie przybędzie pieniędzy. Tadeusz Matusz nie pozostawia złudzeń: - w tym roku nie planujemy zwiększenia dotacji na zajęcia przedszkolne, zwłaszcza, że jak się właśnie okazało, Kraków otrzymał subwencję oświatową mniejszą o 2 mln zł niż początkowo planowano – mówi wiceprezydent.
Być może będzie jednak przekonywał przedszkola, że nie warto rezygnować z wyjść na rzecz rytmiki czy języka angielskiego.
W myśl autorów ustawy przedszkolnej, miała ona za zadanie wyrównanie szans edukacyjnych. Okazało się to jednak równaniem w dół. Teraz dzieci z przedszkoli prywatnych korzystają z oferty kulturalnej miasta, odwiedzają kina, teatry i muzea, a także mogą uczestniczyć w wymyślnych zajęciach dodatkowych takich jak: felinoterapia, ceramika, orgiami, balet czy warsztaty kulinarne.
- Odwiedzamy różne przedszkola i obserwujemy coraz większe dysproporcje pomiędzy dziećmi z przedszkoli publicznych i prywatnych. Przed wejściem w życie tej ustawy maluchy ze wszystkich przedszkoli miały mniej więcej podobną ofertę zajęć dodatkowych. Teraz ciekawe zajęcia oferuje się niemal wyłącznie dzieciom z przedszkoli prywatnych. Zamiast wyrównywania szans mamy więc pogłębianie różnic – mówi właściciel firmy organizującej zajęcia dodatkowe dla przedszkolaków.
Okazuje się jednak, że nie wszystkie przedszkola okroiły swoją ofertę. - Nasze dzieci często gdzieś wychodzą, mamy też sporo zajęć dodatkowych – zapewnia Barbara Czepiel, dyrektorka samorządowego Przedszkola nr 21 w Krakowie.
Oprócz angielskiego, dzieci z jej przedszkola za darmo mogą uczestniczyć w gimnastyce korekcyjnej, tańcu towarzyskim, plastyce i zajęciach szachowych. Jak to możliwe, że 30 zł wystarcza na to wszystko?
– Nie wystarcza – mówi dyrektorka, - ale trzeba ruszyć głową.
W tym przedszkolu zajęcia z angielskiego prowadzi przedszkolna nauczycielka, która świetnie zna język, pracowała dwa lata w przedszkolu w Anglii, a teraz zdobywa dodatkowe kwalifikacje na kursie.
Plastyka? – Od 20 lat współpracujemy z pobliskim domem kultury. Pan plastyk, który jest tam zatrudniony, w ramach swojego etatu za darmo ma zajęcia z naszymi dziećmi – tłumaczy Barbara Czepiel.
Szachy? – Za te zajęcia płacimy symboliczną kwotę Klubowi Kolejowemu, z którym też współpracujemy od wielu lat – wyjaśnia dyrektorka.
Pieniędzy z dotacji od miasta wystarcza jeszcze na zajęcia z tańca towarzyskiego i gimnastyki korekcyjnej.
A co z wycieczkami? – Szukamy takich ofert, w których nasze dzieci mogą uczestniczyć za darmo. W ten sposób były już w Muzeum Inżynierii Miejskiej, zwiedzały podziemia Rynku Głównego i uczyły się robić pizzę w jednej z pizzerii – wymienia Barbara Czepiel. – W Krakowie jest sporo instytucji, które od czasu do czasu proponują coś za darmo dla szkół i przedszkoli. Warto wyszukiwać takie oferty i z nich korzystać.
(AK)