Dukają, sylabizują, połykają literki i przekręcają wyrazy. Co piąty piętnastolatek w Europie ma trudności z czytaniem. Problem dotyczy również młodych Polaków. Choć nasi uczniowie radzą sobie z czytaniem nieco lepiej niż ich rówieśnicy z Austrii, Czech czy Luksemburga, to jednak nadal 15 proc. z nich zagrożonych jest wtórnym analfabetyzmem. Świetnie wiedzą o tym nauczyciele gimnazjum. Coraz częściej trafiają do nich uczniowie, którzy przez sześć lat szkoły podstawowej nie zdołali posiąść umiejętności czytania.
- W każdej klasie mamy przynajmniej kilku takich uczniów – przyznaje Małgorzata Kozak-Zasadni, dyrektorka Gimnazjum nr 45 w Krakowie i nauczycielka matematyki. Z jej obserwacji wynika, że ten problem nasila się od kilku lat. – Uczniowie czytają coraz gorzej, dukają, przekręcają wyrazy i nie rozumieją tego co przeczytali. To oczywiście bardzo utrudnia im naukę, bo jak rozwiązać zadanie z treścią, jeśli nie rozumie się jego treści – podkreśla nauczycielka.
Dlatego najczęściej lekcja matematyki w jej klasie wygląda tak: najpierw uczeń „czyta” treść zadania, potem to samo robi nauczyciel, a następnie jest ono omawiane. Dopiero wówczas można przystąpić do rozwiązywania.
- Jeszcze gorzej jest na języku polskim. Tam poloniści muszą na lekcjach czytać na głos lektury. Tracą przy tym masę czasu, ale często to jedyna możliwość, by uczniowie poznali książkę – mówi nauczycielka.
W jej gimnazjum uczniowie mają też dodatkowe zajęcia z nauki czytania.
Jeśli nauka, to tylko po cichu
Przedstawiciele Fundacji ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom, którzy od 10 lat zachęcają Polaków do czytania maluchom książek, twierdzą, że trudności z literkami to często wynik sposobu, w jaki dzieci są uczone w szkole. Tam najczęściej prosi się je, by czytały na głos, a to – jak podkreślają eksperci - utrwala u nich nawyk subwokalizacji, który bardzo ogranicza tempo czytania. – Takie dzieci będą w przyszłości czytać po cichu w tempie czytania na głos, czyli bardzo wolno – podkreśla Magdalena Chmielewska z Fundacji.
Młody mózg koduje sobie bowiem udział narządu głosu w czytaniu i w dorosłym życiu nadal w myślach „czytamy na głos”. W dobie zalewu informacji wolne czytanie to prawdziwe kalectwo. Dorośli, którzy przeszli klasyczną edukację na ogół czytają ok. 200 słów na minutę. Tymczasem mózg potrafi uporać się w tym czasie z czytaniem, zrozumieniem i zapamiętaniem od ok. 500 do ok. 3000 słów, pod warunkiem jednak, że przygotujemy go do tego. - Dlatego nie zalecamy głośnego czytania przez dzieci, które dopiero uczą się czytać. Dopóki dziecko nie nauczy się robić tego dobrze i płynnie, to lepiej żeby nie czytało na głos – mówi Magdalena Chmielewska.
Jak jednak nauczyciel ma sprawdzić, czy jego uczeń w ogóle potrafi cokolwiek przeczytać?
- To kwestia właściwego zdefiniowania, co rozumiemy przez czytanie. Czy może wokalizowanie tekstu, czy też jego rozumienie? – tłumaczy Magdalena Chmielewska. - Dzieci w szkole uczone są wokalizowania, właściwego wymawiania liter, sylab, wyrazów, ale w ślad za tym nie idzie rozumienie czytanego tekstu, bo współczesne dzieci słabo znają język. Jeśli zatem przyjmiemy, że czytanie oznacza rozumienie, to wtedy wystarczy poprosić dziecko, by po cichu przeczytało tekst i opowiedziało go, albo odpowiedziało na zadane pytania.
Magdalena Chmielewska zaznacza też, że dziecko nie powinno być odpytywane z czytania przy całej klasie. To bowiem potęguje u malucha stres, utrudnia zrozumienie tekstu i w konsekwencji zniechęca do czytania.
Jedzie auto A
Irena Koźmińska, prezes Fundacji ABCXXI CPCD zwraca uwagę na jeszcze jedno niepokojące zjawisko: - Równie istotnym problemem, że dzieci nie czytają jest to, że coraz gorzej mówią.
Logopedzi rzeczywiście biją na alarm. Mówi się już o prawdziwej pladze maluchów z wadami wymowy. Połowa dzieci w wieku szkolnym ma problemy logopedyczne. To o 60 proc. więcej niż jeszcze kilka lat temu. Logopedzi winą za to obarczają zapracowanych rodziców, którzy nie mają czasu na rozmowę z dziećmi i czytanie im bajek, ale także modę na uczenie dziecka angielskiego od pierwszych dni życia, a nawet papkowate jedzenie ze słoików podawane niemowlakom (takie jedzenie nie wymaga żucia, które pomaga w rozwoju narządów mowy).
Na szczęście jest na to rada. W nauce mówienia i czytania można maluchowi pomóc. Paweł Kuźma z Krakowa przetestował to na własnym dziecku. W efekcie pięcioletni dziś Szymon potrafi nie tylko czytać, ale i pisać, choć jako dwulatek miał problemy z mową: mówił mało i niechętnie, a także nie powtarzał wyrazów, które sprawiały mu kłopot. – Wypróbowałem na nim program „Słucham i uczę się mówić” przeznaczony dla dzieci z zaburzeniami mowy, autyzmem, czy dwujęzycznych – opowiada tata Szymona.
Szymek dwa razy dziennie przez 10 minut słuchał płyt z nagranymi samogłoskami, wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi, sylabami oraz rzeczownikami i jednocześnie oglądał załączone do płyt książeczki. – Mowa momentalnie przyspieszyła, a w wieku trzech lat syn mówił już bardzo ładnie i płynnie. Bez problemu wymawiał wszystkie trudne głoski takie jak „r”, „sz”, „cz”, nigdy nie miał też problemów z „k” – mówi Paweł Kuźma.
Wówczas rodzice postanowili nauczyć Szymka czytać. O ile jednak wcześniejsze słuchanie płyt było dla niego przyjemnością, w „zajęciach” z czytania nie bardzo chciał uczestniczyć. Rodzice znaleźli na to sposób. – Zastosowaliśmy naukę poprzez zabawę – śmieje się pan Paweł. - Na jego ukochane samochodziki nakleiliśmy samogłoski i podczas zabawy mówiliśmy: teraz jedzie auto A, teraz auto O itd.
Gdy Szymek opanował samogłoski zaczęła się nauka sylab. Tu nieocenioną pomocą okazały się książeczki z serii „Kocham czytać” prof. Jagody Cieszyńskiej. Z czasem Szymek zaczął łączyć sylaby w słowa, a te w całe zdania. Dziś, mając pięć lat, chłopiec bez problemu czyta i pisze.
- Początkowo znajomi wyrzucali nam, że chcemy zrobić z niego geniusza. Ale to nie o to chodzi. Po prostu chcemy zaoszczędzić mu problemów i stresów w szkole – tłumaczy Paweł Kuźma.
W księgarni trzeba być czujnym
Magdalena Chmielewska z Fundacji ABCXXI podkreśla, że nauka czytania idzie zdecydowanie lepiej tym dzieciom, które od urodzenia mają kontakt z literaturą i którym rodzice regularnie czytają książki. W ciągu ostatnich dziesięciu lat rynek książki dla dzieci niesamowicie się rozwinął. Jest zatem w czym wybierać. – Pod tym względem Polska jest w czołówce państw Europy Środkowo-Wschodniej – zaznacza dr Małgorzata Chrobak z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, adiunkt w Pracowni Literatury dla Dzieci i Młodzieży. – Co więcej te publikacje są na coraz lepszym poziomie. Jakość literacka idzie tu w parze z jakością estetyczną, a książki dla dzieci w większości przypadków są wydawane z dużą dbałością o poziom ilustracji.
To jednak wcale nie oznacza, że w dziale z literaturą dziecięcą możemy bezkrytycznie sięgać po dowolne publikacje. Wręcz przeciwnie - w księgarni rodzic musi się wykazać dużą czujnością. - Tym rynkiem niestety interesują się również wydawcy, którzy poszukują szybkiego i łatwego zarobku. Pojawia się zatem wiele książek, które są całkowicie pozbawione wartości estetycznej i literackiej – przyznaje dr Chrobak.
Przestrzega ona przed bezsensownymi „przeróbkami” znanych, klasycznych baśni, w wyniku których np. Czerwony Kapturek wybacza wilkowi albo Baba Jaga z Jasia i Małgosi okazuje się sympatyczną staruszką, ale także wydawanymi na niemal masową skalę tzw. książkami terapeutycznymi. – Rodzi się nawet moda na ich czytanie. Rodzice próbują bowiem każdy problem, który ma dziecko natychmiast leczyć książką terapeutyczną zamiast rozmową. Tymczasem te książki nie zawsze są wartościowe – ostrzega dr Małgorzata Chrobak i jako przykład podaje niedawno wydaną bajkę, która ma nauczyć dziecko ostrożności w kontaktach z nieznajomymi. Jest tam scena, w której starsza i z wyglądu sympatyczna pani knebluje i przywiązuje do krzesła dziewczynkę.
20 minut dziennie. Codziennie
Dr Chrobak przyznaje jednak, że rodzice coraz częściej sięgają po ambitniejsze książki i z większą rozwagą dokonują wyboru, nie ulegając przy tym kolorowym i błyszczącym okładkom.
- Nie ufam współczesnej literaturze dziecięcej. Dlatego przy wyborze książek dla swojego dziecka kieruję się wspomnieniami. Czytam mu to, co sama pamiętam z dzieciństwa – mówi Katarzyna Podsiadło, mama czteroletniego Janka.
Przygoda jej synka z literaturą zaczęła się zatem od wierszy Juliana Tuwima i Jana Brzechwy. Był też „Chory kotek” Stanisława Jachowicza i wznowiona niedawno przez Naszą Księgarnię seria „Poczytaj mi mamo” z oryginalnymi ilustracjami sprzed lat. – Gdy to czytam, wracają wspomnienia. Niemal czuję smak zupy mlecznej, którą jadłam, gdy mama czytała mi te bajki – mówi z rozrzewnieniem pani Katarzyna.
Jankowi to jednak nie wystarcza. Coraz częściej sięga w księgarni po kolorowe wydania, będące adaptacją znanych z telewizji bajek. – Te książki to porażka. Są zwykle pięknie wydane i atrakcyjnie zilustrowane, ale zawierają niewiele treści i to napisanej bardzo ubogim językiem – mówi Katarzyna Podsiadło.
Jej zdaniem poważnym problemem są też błędy pojawiające się w publikacjach dla dzieci. – Gdzie jak gdzie, ale w książkach dla najmłodszych nie powinno ich być, tymczasem ciągle się na nie natykam – mówi pani Katarzyna. - Do literówek zdążyłam się już przyzwyczaić, ale takich kwiatków jak „Pędzili co tchu w nogach”, które ostatnio znalazłam w książce o Bolku i Lolku Wydawnictwa Dragon, nie mogę zdzierżyć.
Pani Katarzyna, która z zawodu jest nauczycielką, przyznaje, że czasem ma nawet ochotę podkreślić na czerwono wszystkie błędy pojawiające się w książce, po czym odesłać ją wydawnictwu z prośbą o zwrot pieniędzy.
- Błędy w książkach dla dzieci to rzeczywiście poważny problem, którego sama doświadczam na każdym kroku – mówi Irena Koźmińska. - Są wydawnictwa, które po prostu oszczędzają na korekcie, bo uważają, że bez tego można się obyć. Są też korektorzy, którzy sami popełniają błędy. Coraz niższy jest bowiem poziom znajomości języka. To efekt tego, że szkoła znacznie mniej wymaga.
Pocieszające jest jednak to, że 85 proc. rodziców w Polsce ma świadomość, że dzieciom trzeba czytać, a 54 proc. robi to regularnie. To zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka lat temu, kiedy ten odsetek wynosił 37 proc. To bardzo dobra wiadomość, bo jak pokazują ostatnie badania OECD dzieci, którym rodzice od małego czytali książki osiągają w międzynarodowych testach PISA o 25 proc. lepsze wyniki od uczniów, których pozbawiono przyjemności obcowania z literaturą od pierwszych dni życia.
Anna Kolet-Iciek