Żyjemy w bardzo zabieganych czasach. Mało dbamy o to co tu i teraz, nie mówiąc już o tym co zostawiliśmy w tyle… A chyba warto te wspomnienia zachować nie tylko dla siebie?
Zdecydowanie warto! To, jakim jesteśmy człowiekiem jest determinowane z jednej strony przez geny. Ale ileż te geny mogą w nas załatwiać? Kolor oczu czy kształt nosa w dużo większym stopniu, niż to jakim jesteśmy człowiekiem. A cała reszta jest determinowana przez naszą przeszłość, przez to z kim spędzaliśmy czas, co wtedy robiliśmy, jakim człowiekiem był ten, z którym przebywaliśmy.
No właśnie, coraz mniej czasu spędzamy z ważnymi dla nas ludźmi, a więcej z przypadkowymi osobami czy wręcz z ekranem komputera, tabletu lub telewizora. Czy w związku z tym takie książki, jak „Misja: rodzinka”, które pozwalają usiąść wspólnie i powspominać – to dobry trop?
To jeden z najlepszych tropów, jakie mogę sobie wyobrazić. Świetny, bo po pierwsze sprawia, że jesteśmy z ludźmi, a nie z tabletem czy innym monitorem, a po drugie jesteśmy aktywni. Minimum tej aktywności to rozmowa – niezwykle ważne minimum, bo konstytuujące w dużym stopniu naszą tożsamość. A tu jeszcze na dodatek takie książki skłaniają nas do podejmowania wielu innych rodzajów aktywności. Coś trzeba odnaleźć, odgrzebać, powędrować po różnych członkach rodziny po to, żeby zdobyć określone informacje. A wszystko po to, żeby realizować kolejne zadania w ramach zadania nadrzędnego – „ Misja: rodzinka”.
Wypełniając „Misję: rodzinka” sami możemy stworzyć trzymający w napięciu kryminał z fragmentami melodramatu…
Dokładnie! Nie wątpię, że i niezłe fragmenty komediowe się znajdą. O to już dbają autorzy, którzy podpowiadają – czytelnikowi czy też współtwórcy tej książki – jakimi tropami warto pójść i informacje dotyczące jakich aspektów naszej rodziny pozbierać. I są to naprawdę aspekty bardzo, bardzo różne. Nie przypominam sobie książki, która pobudzałaby mnie do tego, żeby prześledzić jak w mojej rodzinie w przeszłości, w minionych pokoleniach przedstawiała się na przykład kwestia poglądów politycznych albo wyznawanej wiary, a przecież kiedyś byliśmy społeczeństwem znacznie bardziej zróżnicowanym, niż jesteśmy w tej chwili.
Dokładnie! Nie wątpię, że i niezłe fragmenty komediowe się znajdą. O to już dbają autorzy, którzy podpowiadają – czytelnikowi czy też współtwórcy tej książki – jakimi tropami warto pójść i informacje dotyczące jakich aspektów naszej rodziny pozbierać. I są to naprawdę aspekty bardzo, bardzo różne. Nie przypominam sobie książki, która pobudzałaby mnie do tego, żeby prześledzić jak w mojej rodzinie w przeszłości, w minionych pokoleniach przedstawiała się na przykład kwestia poglądów politycznych albo wyznawanej wiary, a przecież kiedyś byliśmy społeczeństwem znacznie bardziej zróżnicowanym, niż jesteśmy w tej chwili.
W ostatnich latach da się zauważyć na rynku rosnąca popularność kolorowanek dla dorosłych czy takich książek, które bazują na samodzielnym wypełnianiu, a czasami też na niszczeniu...
Myślę, że to wszystko ma być antidotum na monitorki, które nas od wczesnego dzieciństwa – ku mojemu przerażeniu i mojej rozpaczy – aż po późną starości zalewają i z kąta każdego wyłażą. Proszę pani, jeśli wyniki badań mówią, że tablety bywają wręczane już niemowlakom, że zanim dziecko skończy rok uczy się uruchamiania określonych stron w tablecie... Jeśli dowiadujemy się, że rośnie liczba rodzin, gdzie dziecku, które ma paręnaście miesięcy daje się tablet zamiast przytulanki do łóżeczka… To wszystko oznacza, że w wielu rodzinach niestety rozkrzewia się coraz bardziej filozofia „a daj ty mnie święty spokój”. Ludzie, którzy tak myślą oczywiście są kochającymi rodzicami, ale mają tyle swoich spraw i tyle różnych rzeczy na głowie, że w tej codziennej gonitwie nie znajdują zapału, żeby być razem z dziećmi. Można się wyręczyć tabletem, no to czemu nie. Kiedyś był tylko telewizor jako niania zastępcza , a teraz nasze możliwości są znacznie większe, nawet w podróży, w ostateczności można dać dziecku smartfon i będzie się nim zajmować.
Myślę, że to wszystko ma być antidotum na monitorki, które nas od wczesnego dzieciństwa – ku mojemu przerażeniu i mojej rozpaczy – aż po późną starości zalewają i z kąta każdego wyłażą. Proszę pani, jeśli wyniki badań mówią, że tablety bywają wręczane już niemowlakom, że zanim dziecko skończy rok uczy się uruchamiania określonych stron w tablecie... Jeśli dowiadujemy się, że rośnie liczba rodzin, gdzie dziecku, które ma paręnaście miesięcy daje się tablet zamiast przytulanki do łóżeczka… To wszystko oznacza, że w wielu rodzinach niestety rozkrzewia się coraz bardziej filozofia „a daj ty mnie święty spokój”. Ludzie, którzy tak myślą oczywiście są kochającymi rodzicami, ale mają tyle swoich spraw i tyle różnych rzeczy na głowie, że w tej codziennej gonitwie nie znajdują zapału, żeby być razem z dziećmi. Można się wyręczyć tabletem, no to czemu nie. Kiedyś był tylko telewizor jako niania zastępcza , a teraz nasze możliwości są znacznie większe, nawet w podróży, w ostateczności można dać dziecku smartfon i będzie się nim zajmować.
A te książki pobudzają do takiej aktywności, która może być wykonywana całkowicie samodzielnie, jak w przypadku kolorowanek dla dorosłych lub wykonywana w grupie z innymi ludźmi, jak „Misja: rodzinka”. Reasumując – to straszne, ale dożyliśmy takich czasów, kiedy wielu rodziców potrzebuje podpowiedzi, co można robić razem z dziećmi. Przy czym te dzieci mogą mieć lat trzydzieści czy czterdzieści, a rodzice mogą mieć siedemdziesiąt. To nie musi być tak, że dziecko to siedmiolatek, a rodzic trzydziestolatek, bo „Misję: rodzinka” naprawdę mogę polecić każdemu, niezależnie od wieku.
Bo chyba w każdym wieku przyda się rozmowa, ten jeden posiłek spędzony przy wspólnym stole i dyskusja po nim – czyli taki czas w ciągu dnia, kiedy pielęgnujemy więzi…
No właśnie, takie magiczne sformułowanie „pielęgnujemy więzi”. Czyli co mamy robić? Mamy usiąść obok tej osoby, z którą więź chcemy pielęgnować, przylgnąć ramieniem do jej ramienia i trwać tak w bezruchu? No przecież to absurd! Prawda? Więzi pielęgnujemy wtedy, kiedy okazujemy drugiemu człowiekowi zainteresowanie jego losami, jego przeżyciami, tym wszystkim czym on żyje lub żył. I proszę zobaczyć, jak w taki nurt pielęgnowania więzi pięknie się ta książka włącza. Ona nam podpowiada o czym można rozmawiać w czasie tych chwil, które mają pielęgnować więzi. Drugi człowiek – nasza ciotka, nasz wujek, babcia, matka – doświadcza takiego naprawdę głębokiego zainteresowania, a nie zdawkowego pytania: „No, co tam słychać? A może mi babciu opowiesz coś jak byłaś mała”. Tutaj mamy dokładne wskazania – „a szkoła, do której babciu chodziłaś?”; „a gdzie ona się mieściła?”; „a w której byłaś klasie?” – bo ta książeczka pobudza nas także do tego, żeby odtworzyć wersję geograficzną naszej rodziny, lokalizację, miejsca i przestrzenie, w których poszczególne osoby z naszej rodziny spędzały swoje życie lub tylko jego fragmenty.
Wydaje mi się że to taka książka, która może pozostać na półce na długo i niekoniecznie stracić swój żywot, kiedy tylko zostanie wypełniona treścią…
Myślę, że w ogóle dobrze by było mieć więcej niż jeden egzemplarz tej książki. I na przykład po dwudziestu latach przystąpić do pisania jej na nowo, może już ze swoimi wnukami… W ten sposób powstanie przecież inna książka. No, wybiegam myślą wprzód, ale właśnie teraz uświadomiłam sobie i takie możliwe konsekwencje współtworzenia „Misji: rodzinka”.
rozm. Agnieszka Minkiewicz.