Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x

Aktualności

Marcin Świątkowski: Uciekam ze szkoły, bo praca za 2200 to kiepski dowcip [ROZMOWA]

09.06.2021

Anna Kolet-Iciek redakcja@miastopociech.pl

Marcin Świątkowski: Uciekam ze szkoły, bo praca za 2200 to kiepski dowcip [ROZMOWA]
Rozmowa z Marcinem Świątkowskim, nauczycielem języka polskiego w VI LO w Krakowie, który kilka dni temu w obszernym wpisie w mediach społecznościowych poinformował, że po czterech latach pracy w szkole odchodzi z zawodu: “szkoła najpierw wessała mnie jak odkurzacz, dając poczucie, że znalazłem się na swoim miejscu i robię to, do czego mam prawdziwy talent, po czym przemieliła w swoich trybach jak kafkowska machina, zmuszając do porzucenia tego, co w niej znalazłem i ryjąc swoje prawa na mojej skórze” - pisze polonista.





Anna Kolet-Iciek, miastopociech.pl: Napisał pan, że praca w szkole była jednocześnie najlepszą i najgorszą przygodą w pana życiu. To może zacznijmy od tego, co w tej przygodzie było najlepsze.

Marcin Świątkowski: Bycie nauczycielem jest cudowne. Uwielbiam to robić i jestem w tym doskonały. Nic w życiu nie dało mi takiej satysfakcji.

Ale…

Szkoła jest wyczerpująca dla nauczyciela, przynajmniej takiego, który chce coś w niej zrobić. Wyczerpująca psychicznie, fizycznie i etycznie. Prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia nie tylko fizycznego, ale też psychicznego.

To się chyba nazywa wypalenie zawodowe. Nie za szybko pana dopadło? Pracował pan w tym zawodzie raptem cztery lata.

Wypalenie zawodowe to się odczuwa już po miesiącu pracy w szkole. Proszę zaliczyć kiedyś 5-godzinne zastępstwo na świetlicy w podstawówce, to się pani przekona. A przecież są ludzie, którzy tam pracują na co dzień. To kwestia odgórnie narzuconych warunków pracy, a nie tej czy innej szkoły.

Może po prostu nie wszyscy nadają się do tego zawodu?

Sugeruje pani, że ja się do tego nie nadaję? To proszę zapytać moich uczniów. Chociaż do pracy w szkole podstawowej faktycznie się nie nadawałem.

Jedna z pana uczennic z liceum napisała w komentarzu pod postem w imieniu całej klasy: “wszyscy jesteśmy wzruszeni i chcieliśmy Panu podziękować. Nie tylko za te kilka miesięcy na początku roku (lekcje z Panem były przyjemnością!), ale także za napisanie tego posta i zwrócenie uwagi na rzeczy, których czasem nawet nie zauważaliśmy. Dziękujemy za wszystko co robił Pan dla uczniów i za podjęcie próby walki z systemem. Naprawdę to doceniamy. Całą 31- osobową klasą życzymy Panu powodzenia, cokolwiek postanowi Pan teraz robić i jeszcze raz dziękujemy za wszystko. Ta szkoła będzie o Panu pamiętać”. Nauczyciele rzadko słyszą tak miłe słowa z ust swoich uczniów, a mimo to pan ucieka. Dlaczego?

Bo w momencie, kiedy dostaje się 2200 zł na konto za mordowanie dzieciaków jakimiś głupotami, a większość programów nauczania to głupoty, to jest to naprawdę kiepski dowcip.

A więc chodzi o pieniądze?

Nie tylko. W swoim wpisie wypunktowałem większość powodów, dla których odchodzę, ale pieniądze są oczywiście ważne jako istotny element tej szkolnej przemocy ekonomicznej, o której też napisałem.

Pisze Pan, że polska szkoła jest przemocowa niemal na każdej płaszczyźnie, a także o tym, że nauczyciele to w gruncie rzeczy mafia, którą do tworzenia układów przemocowych zmusza fakt, że sami są nieustannie poddawani przemocy ekonomicznej. Przyznał Pan też, że sam należał do tego “układu” i stosował wszystkie rodzaje szkolnej przemocy. Trudno jest walczyć z tym “mafijnym układem”?

Ta „mafijna” organizacja dydaktyków, o której napisałem, to jest reakcja obronna, zupełnie naturalna. Jeżeli jakaś grupa społeczna jest nieustannie tłamszona i wykorzystywana, to z oczywistych powodów buduje niezdrowe więzi wewnętrzne polegające na solidarności i lojalności za wszelką cenę, które szumnie nazywa się „koleżeństwem”, a które są po prostu kryciem sobie nawzajem pleców. W tej chwili nie ma z tego układu drogi wyjścia. Istnieją oczywiście szkoły, które próbują obchodzić te problemy systemowe, ale to są najczęściej prywatne placówki, których ja osobiście nie uznaję, ponieważ uważam płatną edukację za wykluczającą, bo nie każdego na nią stać. Zresztą nawet te szkoły sobie z tym nie do końca radzą, bo na chwilę obecną prawo oświatowe jest tak skonstruowane, że niektórych rzeczy nie da się ominąć. Ten system ma bardzo długie korzenie, pochodzi z XIX-wiecznego pruskiego modelu Herbarta i od tego czasu nie był praktycznie reformowany. To oczywiście nie jest cecha tylko polskiej szkoły, to samo dzieje się w obrębie całej cywilizacji zachodniej, tyle tylko, że na zachodzie coraz częściej poddaje się to jakiejś refleksji, próbuje się skręcać w inną stronę, a u nas jest coraz gorzej i coraz bardziej wracamy do modelu pruskiego.

Istnieje przecież cały ruch Budzących się szkół, który oddolnie próbuje wprowadzać inny model nauczania. Nauczyciele zaangażowani w ten proces rezygnują na przykład z oceniania uczniów w skali 1-6, który nazywa pan przemocowym.

W ramach istniejącego systemu, to w dalszym ciągu jest walka z wiatrakami, nie wspominając już o tym, że to nadal nie zmienia koszmarnych warunków pracy i płacy. One nie wynikają z warunków pracy w tej czy innej szkole, to nie jest przecież tak, że w jednym liceum płacą dobrze, a w drugim źle. We wszystkich płacą źle. Problem, jak już podkreślałem, jest systemowy.

Wiele osób - w tym ja - miało nadzieję, że czas pandemii pomoże szkołom odejść nieco od tego pruskiego modelu, bo konieczność przejścia na zdalne nauczanie pokazała, że można inaczej organizować proces nauczania.

Nic takiego się nie stało. Wszystko szybko wróciło na swoje stare tory. Pandemia pokazała, że tkwimy po uszy w tym systemie. Lwia część nauczania online wyglądała w ten sposób, że nauczyciele w skali jeden do jednego przenosili metody pracy z sali lekcyjnej na teamsy czy zoomy. I nic dziwnego, bo przecież wymagania pozostały te same. Osłabł tylko system nadzoru. Jakoś to tam działało, ale pokazało, że wyjście z systemu na chwilę obecną jest w zasadzie niewykonalne bez gruntownej reformy. I to nie jest kwestia zmiany nawyków nauczycieli czy uczniów, ale zaorania tego wszystkiego i przemyślenia od podstaw całej edukacji.

Jak na pana wpis zareagowali nauczyciele?

Większość mi gratulowała. Mówili, że gdyby byli w moim wieku, to zrobiliby dokładnie to samo. Jedyną osobą, która namawiała mnie do zmiany decyzji był mój przyjaciel w tym samym wieku, który zdecydował się zostać i chyba było mu po prostu smutno.

Nauczyciele narzekają na zbyt niskie zarobki, czy złe warunki pracy, a mimo to niemal 700 tys. ludzi nadal tkwi w tym systemie. Dlaczego?

Dla wielu nauczycieli jest już po prostu za późno, żeby się przekwalifikować, a pewnie większość by to chętnie zrobiła. Poza tym ta praca uzależnia psychicznie, a dobry nauczyciel najzwyczajniej w świecie przywiązuje się do swoich uczniów i otacza ich opieką, czując się za nich odpowiedzialny. Ta praca jest też szalenie satysfakcjonująca, nieporównywalnie z żadną inną. Ja sam szarpałem się z decyzją o odejściu przez kilka miesięcy.

Co ostatecznie zdecydowało, że złożył pan wypowiedzenie?

Występy ministra Czarnka, które udowodniły mi, że absolutnie w żadnym wypadku przez najbliższe trzy lata do wyborów nikt nie zamierza z tym systemem nic zrobić, a ja za te trzy lata będę już na tyle stary, że będzie mi się dużo trudniej przekwalifikować. Z każdym rokiem byłoby gorzej.

Który "występ" ministra Czarnka przelał czarę goryczy?

Przede wszystkim zapowiedzi zwiększenia pensum przy zachowaniu takich samych zarobków. To jest absolutna kpina. Mając 18 godzin etatu, momentami ledwo wyrabiałem z robotą i nie zawsze byłem w stanie poświęcić tyle czasu uczniom indywidualnie, ile bym chciał, a co dopiero gdyby mi dowalili dodatkowe dwie godziny!

Minister Czarnek zapowiada też zmiany programowe. W szkołach ma być więcej żołnierzy wyklętych, patriotyzmu i Jana Pawła II.

Ideologię wpychaną na chama do programów nauczania zawsze można w ten czy inny sposób obejść. Nauczyciele robią to przecież od trzydziestu lat.

Jak?

Podam przykład z własnego podwórka. Kilka lat temu do podstawy programowej włączono wiersze prawicowego grafomana Wojciecha Wencla. Zamiast lamentować, postanowiłem, że będę robił te wiersze Wencla przy okazji omawiania trzeciej części Dziadów, ale jako przykład grafomanii. W ten sposób realizowałem punkt podstawy programowej, mówiący o tym, że uczeń ma odróżniać kulturę niską od wysokiej, dzieciaki nauczyły się odróżnić dobry wiersz od złego, a Wencel - tak jak chciało ministerstwo - został omówiony.

Co pan będzie teraz robił?

Nie mam bladego pojęcia. Nie sądzę, żeby jakaś praca była równie satysfakcjonująca, ale jednocześnie dosłownie każda będzie lepiej płatna. Może będę naprawiał rowery?

Wróci pan kiedyś do szkoły jako nauczyciel?

Jeśli ktoś ruszy ten system, to wrócę. Ale nie mam wielkich nadziei. W sumie to nie mam żadnych. Mniemanie, że ludzie u władzy będą podważać system gruntujący tę władzę jest naiwne.

Czego będzie panu najbardziej brakować?

Uczniów.

Komentarze (4)

Damian
25.06.2021 09:54
W wypowiedzi p. Marcina widać taki typowy lewicowy dyskurs: przemocowa szkoła, wykluczenie, nie stosujmy 6-stopniowej skali ocen itp. Najlepiej nie wymać niczego od młodych ludzi, wychowywać bezstresowo, być ich kumplem. Życie jednak nie jest takie kolorowe, trzeba ciężko pracować.
Tatul
11.06.2021 09:58
Dodam jeszcze nowinę: Znika „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, pojawia się Jan Paweł II i… Nicholas Sparks Starsi uczniowie podstawówek uczęszczający do klas VII-VIII nie znajdą już na liście lektur obowiązkowych „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” Nancy H. Kleinbaum (klasy VII i VIII), choć w uzasadnieniu nie wskazano, czym podyktowana jest ta zmiana. Sporo zmian także na liście lektur uzupełniających... Widocznie model nauczyciela potrafiącego zawładnąć wyobraźnią uczniów nie jest pożądany
Tatul
10.06.2021 07:49
Piękne są dla mnie obydwie wypowiedzi, bo się twórczo uzupełniają. Szkoda, że nie wniosą niczego nowego do naszego systemu, ale podniosą świadomość środowiskowa. Ja trafiłem do szkoły po kilkunastu latach pracy na różnych stanowiskach w spółdzielczości. Jako ekonomista uczyłem przedmiotów zawodowych w zespole szkół ekonomicznych . Musiałem uzupełnić wykształcenie pedagogiczne ale znalazłem tu przystań na resztę lat kariery zawodowej. Znalazłem przystań i porzuciłem często wypowiadana formułę "Co zawód, to zawód". Nie było łatwo pracować przy zmieniających się dyrektorach, ale w jakim zawodzie jesteśmy od tego wolni? Bardzo mi pasuje umieszczenie w tym miejscu mema na jakiego natrafilem wczoraj na Fb. Dotyczył wprawdzie rodziców i ich dzieci, ale mówił o tym o czym mówi pani. Rodzice, a przez analogię również nauczyciele muszą się godzić z tym, że dzieci mogą ich nienawidzić, albo idealizować, ale powinni widzieć w nich zwykłych ludzi.
Vivianne_Marie
09.06.2021 18:32
Pan Marcin pisze i wypowiada się bardzo zgrabnie, przekonująco, w wielu miejscach ma rację. Ale ewidentnie przesadza. Twierdzenie, że tysiące nauczycieli nie rzucają szkoły, bo nie zdążyli się przekwalifikować (na naprawiaczy rowerów), jest obraźliwe. Praca w szkole ma minusy, ale ma też plusy. Obsmarowują ją aż tak najczęściej ci, którzy nie popróbowali pracy gdzie indziej. Owszem, są lepsze stanowiska. I są gorsze. Szkoła daje dużo psychicznej satysfakcji (relacje z uczniami, relacje z kolegami, brak rywalizacji, która gdzie indziej jest normą) i, jednak, sporo czasu. Nauczycielom, którzy mają dzieci w wieku szkolnym, naprawdę łatwiej jest pogodzić pracę z życiem domowym niż ludziom pracującym w biurach, fabrykach, na budowach i na scenie w teatrze. Pensje są niskie, ale wymagania, nie oszukujmy się, też. Pan Marcin się bardzo starał, dawał z siebie więcej niż inni - ale przez to się spalił i uczniowie mogli od niego czerpać tylko przez cztery lata. W tym fachu dobrze mieć dystans do swojej pracy. Angażować się, ale nie nazbyt - bo to rodzi frustrację, a nie zawsze jest też tak efektywne, jak byśmy chcieli. Nauczyciele uwielbiani przez uczniów niekoniecznie są najlepsi i najskuteczniejsi. I nie chodzi mi o to, że najskuteczniejsi są przemocowcy, tylko o to że ci uwielbiani są niekiedy uwielbiani ze względu na pokłady narcystycznej charyzmy i to oni tak naprawdę stosują psychologiczną przemoc wobec uczniów (niekiedy nieuświadomioną - bo ich świadomość ogranicza się do "ja jestem super, moi fani, czyli uczniowie, są okej, bo mnie uwielbiają, a reszta świata jest zła, bo za mało mi płacą, za mało się mną zachwycają itd."). Relacje są ważne, ale nauczyciel naprawdę nie powinien być kolegą uczniów, ponieważ uczniowie mają już kolegów ;) - takich, których sobie sami wybrali z większej grupy albo z którymi uczą się, że czasem trzeba umieć żyć z kimś, kogo się nie lubi; takich w podobnym wieku, z podobną świadomością, z podobnymi przeżyciami pokoleniowymi itd. Szkolne relacje hierarchiczne, o ile nie są podminowane faktyczną przemocą, dają młodzieży poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak system oceniania. Oczywiście można to zrobić (trochę) inaczej, ale nauczyciele szkół Montessori też są umordowani i często zniechęceni, a ich absolwenci nie różnią się diametralnie od absolwentów zwykłych szkół. Sama przepracowałam w szkole kilka lat, najpierw w podstawówce, potem w liceum, po czym zmieniłam pracę - na lepiej płatną, trochę bardziej rozwijającą, ale przede wszystkim: inną, uznając, że życie jest zbyt bogate, żeby całe spędzić w jednym fachu, poza tym wypaleniu zawodowemu lepiej zapobiegać niż je leczyć. Patrzę więc teraz na szkołę z większym dystansem, widząc jej wady, widząc zalety, nie idealizując jej (jak często czynią ambitni studenci polonistyki, widzący się w roli bohatera "Stowarzyszenia Martwych Poetów", tylko oczywiście takiego, któremu się wszystko uda ;)), ale i nie dramatyzując nad nią.

Dodaj komentarz

Newsletter

Chcesz wiedzieć więcej? Zapisz się na newsletter.

made in osostudio