Tysiące ton niesprzedanych warzyw i owoców zalega w magazynach. Ministerstwo Edukacji Narodowej, na prośbę resortu rolnictwa, zaapelowało więc do dyrektorów szkół i przedszkoli, by zechcieli się po nie zgłosić i przekazać swoim podopiecznym. Do zjedzenia jest 18 750 ton jabłek i gruszek oraz 3 000 ton warzyw. To produkty wycofane z rynku w związku z rosyjskim embargiem. Producenci, którym nie udało się sprzedać swoich plonów, otrzymali za to unijne rekompensaty, a porcje witamin mają teraz trafić do szkół, przedszkoli czy domów dziecka.
Program nosi nazwę „Tymczasowe nadzwyczajne wsparcie producentów owoców i warzyw” i jest koordynowany przez Agencję Rynku Rolnego.
- Zachęcam wszystkich dyrektorów, aby wzięli udział w programie. To świetna okazja, by utrwalać wśród uczniów dobre nawyki żywieniowe i propagować zdrowe żywienie – apeluje na ministerialnej stronie związany wiceminister edukacji narodowej Tadeusz Sławecki.
Dyrektorzy placówek oświatowych chcąc otrzymać "embargowe" jabłka powinni zgłaszać się do centrali ARR. Po wypełnieniu formalności placówki trafiają do rejestru instytucji, którym przysługuje prawo nieodpłatnego otrzymywania wycofywanej żywności. Tam znajdują ich producenci, których zadaniem jest wybranie najbliżej położonej placówki i dostarczenie jej towaru. Jak zaznacza ARR dowóz jabłek czy gruszek do szkół leży w interesie plantatorów, bo także z tytułu transportu mogą ubiegać się o rekompensaty.
Choć program działa od września ubiegłego roku, to jednak do tej pory darmowe owoce lub warzywa dostały dzieci z zaledwie 70 placówek oświatowych.- My nadal czekamy na dostawy - słyszymy w Zespole Szkół w Sidzinie, która już w ubiegłym roku zapisała się do programu.
Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw tłumaczy, że za kilka dni dostawy powinny ruszyć, bo w życie wejdzie nowe rozporządzenie dotyczące kolejnej transzy embargowych warzyw i owoców. – Do szkół będzie mogło trafić około 150 tys. ton wycofanych z rynku jabłek. Producenci będą przekazywać je wpisanym na listę placówkom oświatowym, bo dla nich taka operacja jest bardzo opłacalna – zapewnia Witold Boguta.
Szkół, przedszkoli i żłobków, które zgłosiły chęć otrzymywania niechcianej na Wschodzie żywności jest na razie niewiele, bo zaledwie 600 w całym kraju, z czego ok. 20 na terenie Małopolski.
Embargowe owoce i warzywa to jednak nie jedyne porcje darmowych witamin, jakie trafiają do dzieci. W podstawówkach w całym kraju od 2009 roku funkcjonuje program „Owoce i warzywa w szkołach”. W tym roku szkolnym w całej Małopolsce uczestniczy w nim 1287 szkół podstawowych, czyli niemal wszystkie. W całym kraju programem objętych jest ok. 1,335 mln dzieci. W 88 procentach finansowany jest on ze środków unijnych, a w 12 procentach z pieniędzy budżetowych. W tym roku szkolnym przeznaczono na jego realizację blisko 97 milionów złotych.
W ramach programu dzieci z klas I-III dostają od 2 do 3 porcji warzyw lub owoców w tygodniu (przez 10 wybranych tygodni w semestrze). ARR szacuje, że w tym roku szkolnym do uczniów trafi ok. 57 mln 160-gramowych porcji owoców i warzyw.
Nie zawsze jednak dzieci chętnie je jedzą, bo też nie zawsze są one smaczne i estetycznie podane.
– Kilka razy mój syn przyniósł ze szkoły gruszki twarde jak kamień, albo przesuszone marchewki pokrojone w plasterki. Dając dzieciom takie produkty tylko zniechęcamy je do sięgania po warzywa i owoce – denerwuje się pani Maria, mama krakowskiego drugoklasisty.
Podobnego zdania jest Danuta Kohut, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących Nr 15 w Krakowie. – Dzieciom nie podchodzi zwłaszcza marchewka i rzodkiewka, myślę, że trzeba być wielkim smakoszem warzyw, żeby to jeść w takiej postaci – mówi Danuta Kohut.
Na szczęście w tej szkole mieszka świnka morska, która w przeciwieństwie do niektórych dzieci jest smakoszem warzyw. - Czasem te niezjedzone marchewki czy gruszki dajemy też szkolnym kucharkom i one to jakoś przerabiają, żeby nie wyrzucać – przyznaje Danuta Kohut.
Jakość dostarczanych warzyw i owoców nie wszędzie jest taka sama i zależy od dystrybutora. W samej Małopolsce jest 15 firm wożących do szkół porcje zdrowia. – Zawsze dyrektor szkoły ma też możliwość zmiany pośrednika – mówi Urszula Guzikowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 104 w Krakowie. – U nas działa to bez zastrzeżeń. Dzieci dostają świeże, pokrojone i zapakowane porcje i nigdy nie miałam żadnych skarg. Oczywiście jedne dzieci jedzą to chętnie inne nie, ale to naturalne. Gdybyśmy rozdawali czekoladę na pewno nikt by nie grymasił.
Zdaniem Iwony Ciechan z Agencji Rynku Rolnego program „Owoce i warzywa w szkole” doskonale się sprawdza. - Dotychczasowa ocena realizacji programu potwierdziła, że przyczynił się on do istotnego wzrostu spożycia owoców i warzyw przez dzieci oraz zwiększenia ich wiedzy na temat zasad zdrowego odżywiania – zaznacza Iwona Ciechan.
Jej zdaniem Program wpłynął pozytywnie na zmianę nastawienia dzieci do jedzenia owoców i warzyw oraz spowodował korzystną zmianę zachowań rodziców.
- Różnie z tym bywa – komentuje Jan Hrynczuk, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 153 w Krakowie. – Choć od czasu wprowadzenia programu sporo się zmieniło na lepsze, to jednak nadal mamy dzieci, które w ogóle nie jedzą warzyw, bo nie wyniosły takiego nawyku z domu. Widać to chociażby na stołówce. Wiele dzieci prosi, by nie nakładać im surówek. Co gorsza godzą się na to również ich rodzice i sami wręcz proszą nas, żeby nie zmuszać dziecka do jedzenia warzyw i owoców – podkreśla Jan Hrynczuk.
Anna Kolet-Iciek