Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
W poszukiwaniu utraconego smaku

W poszukiwaniu utraconego smaku

19.10.2016

O tym, jak jeść zdrowo, jak w dobie wszechobecnych reklam skutecznie tłumaczyć dzieciom, że słodycze są szkodliwe oraz jak tropić niebezpieczne składniki na etykietach produktów rozmawiamy z Julitą Bator, 
autorką książki „Zamień chemię na jedzenie”, mamą 14-letniej Ady, 11-letniej Kingi oraz 8-letniego Jasia
 Jedzenie bez konserwantów, polepszaczy i barwników to dziś ogromny luksus. Warzywa z własnej działki, czy nabiał od zaprzyjaźnionego rolnika smakują zupełnie inaczej, niż te dostępne w sklepach. Jak je zdobędziemy, to zachwytom nie ma końca

To dlatego, że smak prawdziwego jedzenia znamy z czasów dzieciństwa. Mamy więc pewien punkt odniesienia i nie chcemy bezkrytycznie przyjmować tego, co dziś oferują nam sklepy. Tam aż prosi się o wprowadzenie podziału na chemię przemysłową i spożywczą, czyli produkty „jedzeniopodobne”. To określenie dotyczy niemal całej żywności wyłożonej na sklepowe półki. 

Jest tak źle?

Tak. Dawniej jedliśmy dobrej jakości warzywa, nabiał czy mięso, bo rolnicy do uprawy roślin stosowali obornik, a zwierzęta karmili tym, co wyrosło w polu, albo na łące. Nie aplikowali zwierzętom hormonów, nie hodowali ich na sterydach. Od tego czasu wiele się zmieniło. Obserwujemy niesłychany postęp technologiczny. Stosuje się nawozy sztuczne. Rośliny są wielokrotnie pryskane trującymi substancjami. Pojawiły się też sposoby konserwowania żywności, przez co jest ona dłużej zdatna do spożycia. Te konserwanty nie służą jednak naszemu zdrowiu.

To oznacza, że nasze dzieci będą już tylko jadły chleb, który nie jest chlebem, nafaszerowane chemią mięso, nabiał, który nie ma smaku, albo soki niezawierające owoców. To im grozi?
 
Zastanawiam się do czego świat zmierza i jestem przerażona. A przecież mogłoby być inaczej. Dziś, kiedy mamy ogromny postęp medycyny, kiedy nie nękają nas epidemie, głód i wojny powinnyśmy cieszyć się życiem w dobrym zdrowiu, dożywając sędziwego wieku. A my chorujemy i to całymi rodzinami. Winna temu jest m.in. żywność wzbogacana syntetycznymi dodatkami i skażona  metalami ciężkimi, rośliny modyfikowane genetycznie, masowe stosowanie środków do ich ochrony oraz nadużywanie lekarstw. 

Antybiotyki i sterydy stosuje się dziś niemal tak często jak witaminy. Na każdą infekcję.

Moje dzieci brały je już w pierwszych miesiącach życia, a potem przez następne lata, bo chorowały niemal na wyścigi. Córka w ciągu siedmiu lat przyjęła aż dwadzieścia takich leków. Pediatra, który je wypisywał, chcąc mnie pocieszyć, powiedział, że dziesięć infekcji w roku to norma. Dla mnie to nie było jednak normalne.  Nie pamiętam ze swojego dzieciństwa takiego określenia jak alergia, czy rotawirus. 

Co było powodem chorób dzieci?

Byliśmy pewni, że problem leży w jedzeniu, ale testy alergiczne nic nie wykazywały. Wprowadziliśmy więc dietę eliminacyjną. Rezygnowaliśmy z nabiału, słodyczy. Ale to nie było skuteczne. 

Kiedy nastąpił przełom? 

Podczas wakacji na Krecie, kiedy pozwoliliśmy dzieciom jeść to, na co mają ochotę. Lody, jogurty, słodycze, czyli wszystko w czym kryją się alergeny.  Pomyśleliśmy: trudno, jakoś te kolejne choroby przeżyjemy. Jednak dzieciakom nic nie było. Po powrocie przeczytałam gdzieś, że mieszkańcy Krety - zgodnie z dietą śródziemnomorską - unikają przetworzonego jedzenia. I to był właśnie ten przełomowy moment. 

Pomyślała Pani, że nadszedł czas, by zrezygnować z żywności przetworzonej? Czy to w ogóle jest możliwe?

Tak, jest możliwe, ale nie było to łatwe, bo sklepowe półki uginają się pod ciężarem przetworzonego jedzenia. Postanowiłam zacząć jednak dokładnie czytać etykiety, by nie kupować pewnych produktów, które w składzie miały substancje szkodliwe dla naszego zdrowia.

Jakich? 

Przede wszystkim popularnego koncentratu malinowego, bo jego skład potwierdził, że to „sama chemia”, margaryny, takiej śmietany, która miała w składzie pektyny, mączkę chleba świętojańskiego i gumę guar. Mleko UHT zamieniłam na mniej przetworzone mleko pasteryzowane. Zaczęłam też szukać produktów bez mleka w proszku, ale nie było to łatwe, bo jest ono niemal wszędzie. Nawet w chrzanie. Jeśli, chodzi o leki, to zawiesiny i syropy, zastąpiłam niepowlekanymi tabletkami.

I jaki był efekt? Dzieci przestały chorować?

Tak. Liczba infekcji zmniejszyła się diametralnie. Dodatkowo, po lekturze książki Bożeny Kropki o alergiach, doszłam do wniosku, że moje dzieci nie są alergikami, jak podejrzewałam, ale występowało u nich zjawisko pseudoalergii. Polega to na tym, że reagowały na pewne składniki pożywienia, ale nie brał w tym udziału układ immunologiczny. 

Co im szkodziło? 
W pierwszej kolejności leki. Przede wszystkim benzoesan sodu, który jest składnikiem syropu na kaszel. Po jego podaniu córka dostała zapalenia oskrzeli, mając wcześniej tylko kaszel. Taka sytuacja powtórzyła się trzykrotnie, więc w końcu zauważyłam zależność. Kiedy dokładnie przeczytałam etykietę, okazało się, że u osób nadwrażliwych, benzoesan sodu może wywoływać działania niepożądane. Moje dziecko nie tolerowało też acesulfamu K, czyli słodzika także dodawanego do leków. 

Przeczytanie etykiet naprowadziło Panią na trop szkodliwych substancji, które dziś jemy. Na jakie składniki zwrócić szczególną uwagę podczas zakupów?

Zacznę od tego, że dodatki do żywności mogą być względnie bezpieczne, potencjalnie szkodliwe i takie, które mogą nam zaszkodzić. Zazwyczaj skomplikowana nazwa w składzie powinna nam już dać do myślenia, że mamy do czynienia z produktem niezdrowym. Gdy więc robię zakupy w supermarkecie i widzę produkty, których nazw nie rozumiem bądź wiem, że jest to składnik szkodliwy, po prostu ich nie kupuję.

A które szkodzą najbardziej?

Benzoesan sodu, glutaminian sodu, dwutlenek siarki, karagen, sztuczne słodziki jak aspartam i acesulfam K, azotany i azotyny, oraz barwniki jak np. koszenila czy tartrazyna.

Producenci są zdania, że substancje dodawane do żywności mieszczą się w normach.

Oni jednak nie wiedzą, ile danego składnika jemy w ciągu dnia. A my też tego nie liczymy, więc nie wiadomo, czy przekroczyliśmy dopuszczalną dawkę. Obawiam się też, że nikt nie ma nad tym kontroli, więc nie jest w stanie ocenić, jakie w przyszłości będzie mieć to skutki dla zdrowia.
 
Jak i gdzie szukać zdrowego jedzenia?

Na targach u pań, które mają niewielką ilość warzyw, wtedy jest pewne, że same je uprawiają, a nie kupują u pośredników. Także w sklepach z żywnością ekologiczną, albo u zaprzyjaźnionego rolnika, o którym wiemy, że nie pryska pomidorów 30 razy w roku. Można też działać w kooperatywie – jeśli ktoś jedzie po warzywa na wieś, to przywozi je i nam. Potem dzielimy się kosztami transportu. Ze znajomymi tworzymy także jedzeniowe „grupy wsparcia”. Wymieniamy się produktami, informacjami i pomysłami. Obserwuję też taki trend, że ludzie chcąc mieć pewność tego, co jedzą sami uprawiają warzywa, czy hodują zwierzęta. Tak na przykład zdecydowali moi rodzice zakładając gospodarstwo. Hodują pszczoły, mają ogródek,  kury, gęsi i kaczki.  Moi znajomi też zaczynają uciekać z miasta. Zakładają  szklarnie, by mieć dostęp do własnych warzyw bez herbicydów, pestycydów i innych trujących substancji.

Pieką też chleby, robią przetwory….To co było naturalne dla naszych babć i mam, teraz staje się popularne wśród młodszego pokolenia rodziców.

Ja też zaliczam się do tego grona. Gdy przez dłuższy czas nie udawało mi się znaleźć dobrych produktów, sama zaczęłam przygotowywać żywność; wypiekać chleb, ciasta, robić jogurty, przetwory warzywne, soki i kompoty. Ponieważ przestaliśmy kupować większość wędlin, bo jest w nich tak wiele chemii, kupuję surową szynkę i przyrządzam ją potem w domu. Dzięki temu mam pewność, że nie jem konserwantów, wzmacniaczy smaku, białka sojowego oraz substancji zagęszczających. 

Skąd Pani bierze przepisy?

Od mamy, babci, teściowej. Korzystam też z przepisów umieszczonych na blogach, ale je modyfikuję. Zamieniam na przykład mąkę pszenną na żytnią, albo gryczaną. 

W swoich książkach wiele miejsca poświęca Pani żywieniu dzieci.
 
Tak, bo zdrowe nawyki wypracowane w czasie dzieciństwa to bardzo ważna sprawa. Najnowsze badania pokazują, jak te wszystkie dodatki do żywności: konserwanty, aromaty, barwniki, wzmacniacze smaku i zapachu wpływają na nasz układ hormonalny, jakie powodują problemy. Na przykład ADHD. To dla dziecka jest przykre, gdy jest upominane na każdej lekcji. A jak ono ma się zachowywać, gdy ciągle je batony, żuje gumę, czy pije sok, który zawiera trujące składniki? Sama więc przykładam dużą wagę do tego, by moje dzieci wiedziały, co jest zdrowe i dlaczego tak jest.

Jak one to przyjmują? Nie grymaszą?

Nie jest łatwo. Trzeba wiele sprytu i cierpliwości,  by z dziećmi rozgrywać batalie o zdrowe jedzenie. Zdecydowanie łatwiej jest wprowadzić nowy plan żywienia dla maluchów, które nie mają jeszcze trzech lat. W przypadku starszych to zadanie jest już niewspółmiernie trudne. One odbierają to - mówiąc żartobliwie - jako przejaw dręczenia, ograniczenia swobody i bezduszności.  Podczas wielu lat udało mi się jednak wypracować kilka sposobów, które ułatwiły mi życie. Miksuję zupy, więc nikt mnie pyta, co to jest to zielone. Przygotowuje tortille i tam wkładam całą masę warzyw. Rośliny strączkowe przemycam w farszach, kotletach mielonych i pasztetach. Kaszę podaję z sosami lub na słodko. 

A słodycze?
 
Tutaj faktycznie czasami jest problem, bo ich nie kupujemy. Ani cukierków, ani gotowych deserków na bazie mleka. Wypieranie słodyczy ze świadomości dzieci to nieustanna walka. Przy każdej okazji powtarzam, że są niezdrowe, że reklama kłamie i, że prędzej, czy później ich jedzenie odbije się na zdrowiu. Synowi, który czasem wymusza na mnie zakupu cukierków, albo żelków mówię, że to trucizna. Ze starszymi córkami umawiam się, że jeśli przyniosą słodycze, które dostały poza domem, wymienię na zdrowy ekwiwalent. 

Ale dziadkowie nie chcą w gości przychodzić z pustymi rękami. Często więc przynoszą słodycze.

W naszym domu też tak było, ale po wielu miesiącach próśb udało się wprowadzić zasadę, że do nas słodyczy się nie przynosi. Można za to podarować owoce, książeczkę czy inny drobiazg.  

Jest Pani autorką trzech książek, pierwsza „Zamień chemię na jedzenie” to poradnik, dwie pozostałe zawierają przepisy. Skąd pomysł na dzielenie się z czytelnikami tym, jak zdrowo jeść.
 
Zachęcił mnie do tego mąż oraz znajomi, którzy prosili, bym przygotowała skrypt, bo nie chcą ciągle zawracać mi głowy telefonami z prośbą o porady żywieniowe. Ostatecznie postanowiłam napisać książkę, by więcej osób mogło czerpać wiedzę z moich doświadczeń. Wydane później przepisy są z kolei odpowiedzią na zapotrzebowanie czytelników, którzy chcieli wskazówek, jak te zdobyte wcześniej informacje wykorzystać w praktyce.
 
Od siedmiu lat Pani rodzina odżywia się zdrowo. Co zmieniło się od tego czasu?

Przede wszystkim mam zdrowe dzieci. W końcu jestem wyluzowaną mamą. We wczesnych latach mojego macierzyństwa stale włączał mi się alarm na widok malucha z katarem, który pojawiał się w pobliżu moich dzieci. Dziś to już nie jest problem. Dzieci łapią czasem infekcję, ale z tego szybką wychodzą. Pieniądze zaoszczędzone na lekarstwach przeznaczam na zdrową żywność. Na przykład na syrop z agawy zamiast cukru. Gdzieś usłyszałam, że czego się nie wyda na jedzenie, to zostawi się w aptece. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem ze swoją rodziną i gronem przyjaciół.

made in osostudio