Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Cecylia Malik odkrywa drugie życie miasta

Cecylia Malik odkrywa drugie życie miasta

24.05.2016

zobacz galerię
O chodzeniu po drzewach, pływaniu w krakowskich rzekach, zaplataniu warkoczy w obronie rzeki „Białki” rozmawiamy z Cecylią Malik, krakowską malarką, performerką, aktywistką, autorką wielu wystaw i projektów artystycznych. Cecylia Malik jest matką dwojga nastolatków: 16-letniego Antka i 15-letniej Urszuli. 
 
Czy marzy Ci się, by Wisła była kiedyś integralną częścią Krakowa?

Bardzo. Właśnie wróciłam z Bazylei zachwycona Renem. To rzeka wielkości naszej Odry, a taka czysta, z pięknymi kamieniami, rybami. Bardzo chciałabym dożyć takiej chwili, kiedy i Wisła będzie taka nasza. Przyjazna mieszkańcom, a nie tylko turystom. 

Czy projekt „6 rzek”, podczas którego spływałaś małą łódeczką krakowskim rzekami realizowałaś z tęsknoty za czymś tak bliskim, a jednocześnie nieznanym? 

Te krótkie podróże miały mieć tylko artystyczny wymiar. Stało się jednak inaczej i ochrona środowiska również zaczęła być bardzo ważna. Zresztą podobnie jak przy realizowanym wcześniej projekcie „365 drzew”, kiedy to przez rok - każdego dnia - wspinałam się na drzewa. Choć ten projekt traktowałam jako sztukę, spowodował, że stałam się ekolożką i aktywistką. Wówczas zdjęcia z mojego performansu stały się pewnego rodzaju kalendarzem pokazujący upływ czasu i zmiany pór roku. To był też mój prywatny pamiętnik, którym dzieliłam się z innymi osobami umieszczając na facebooku zdjęcia.  W ten sposób poznawałam nowych ludzi m.in. przyrodników i ekologów z całej Polski. Wśród nich był krakowski ornitolog, doktor Kazimierz Walasz, który właśnie przygotowywał raport dla Krakowa o gatunkach zwierząt zamieszkujących nasze miasto. W tym celu wędrował wzdłuż rzek, bo to nad nimi znajdują się ich największe skupiska.

Dowiedziałaś się wtedy, że w Krakowie istnieje równolegle drugie życie.
 
Nigdy nie myślałam o mieście w ten sposób. Ono kojarzy się nam z ludźmi, kamienicami, ulicami i samochodami, a paradoksalnie tętni w nim inne życie. Są przestrzenie, gdzie przyroda jest nieznana, bo do tych miejsc nikt nie dociera, bo są gdzieś na tyłach, w okolicach torów kolejowych. Doktor Walasz pokazywał mi na mapach, którędy przez miasto przelatują bociany, czy biegają sarny. To było dla mnie coś romantycznego, utopijnego, bo przecież w Krakowie czasem nie bierze się pod uwagę ludzi, a tu nagle okazuje się, że zwierzęta są ważne. Na mapach były też zaznaczone krakowskie rzeki, które z jednej strony są korytarzami ekologicznymi, rezerwatami przyrody, a z drugiej nielegalnymi ściekami i śmietnikami. 

Każdy wie, że przez Kraków przepływa Wisła, ale pozostałe rzeki są już mało znane.

Mamy też Prądnik, Wilgę, Rudawę, Dłubnię i Potok Kościelnicki. Z perspektywy miasta właściwie ich nie widać, zresztą prawie nikt się tymi rzekami nie interesuje, bo one nie napędzają dziś młynów, nie dają wody ani pożywienia. 

Ale ty pomyślałaś, że musisz tymi rzekami spłynąć, by je lepiej poznać? 

Tak, bo prawdopodobnie nikt tego przede mną nie zrobił.  Wbrew pozorom nie było to proste zadanie. Większość odcinków jest niedostępna, otoczona ogrodzeniami ogródków działkowych i dziwnych postindustrialnych terenów. Doliny tych wód, to wąskie żyły dzikiej przyrody.

Jak był cel tych spływów?

Z doktorem Kazimierzem Walaszem, który postanowił ze mną popłynąć, mieliśmy wspólny plan choć inne cele. Ja robiłam artystyczny projekt. Chciałam przypomnieć nazwy rzek i pokazać zagrożone piękno, a on chciał sprzeciwić się planom przeciwpowodziowym dla górnej Wisły, bowiem ich wdrożenie stanowiło katastrofę dla przyrody. Chodzi o regulację potoków małych rzeczek, na co pojawiły się unijne pieniądze, ale z drugiej strony ta regulacja nie jest nam do niczego potrzebna. Społeczeństwo nie ma jednak takiej wiedzy. Ludzie myślą, że rzeka jest groźna i trzeba się jej bać. Znany krakowski hydrobiolog prof. Roman Żurek - po powodzi w 1997 roku - przygotował wyliczenia, z których wynikało, że rzeki nieregulowane wylały mniej niż te regulowane, bo meandrują, wcześnie się rozlewają i nie ma nagłego spiętrzenia. 

Każdy może wyruszyć na taki spływ?

Tak, nie trzeba mieć zezwoleń ani uprawnień, jeśli się jest osobą pełnoletnią i ma się kapok.
 
Jak wyglądała Wasza przeprawa?

Ta podróż rozpoczynała się od granic administracyjnych miasta, a kończyła przy ujściu rzek do Wisły. Rudawą płynęliśmy jeden dzień, a już Wilgę trzeba było pokonywać w trzy dni i to był hardcore, bo ta rzeczka jest bardzo zarośnięta. Płynęliśmy dwa, trzy metry, a potem kleiliśmy ponton. Przeprawa przez Prądnik trwała dwa dni. Zaczęliśmy od granicy z Zielonkami, gdzie jest uroczysko, rzeka tam meandruje, wije się wśród wielkich olch. Do Dworku Białoporądnickiego jest jak w bajce. Woda jest czysta, płynie naturalnym korytarzem. Potem zaczyna się problem. Prądnik jest obudowany betonem, traci możliwość oczyszczania i staje się ściekiem. 

A czy w innych rzekach jest jakieś życie?

W miejscu gdzie Dłubnia wpada do Wisły - o piątej rano - aż roiło się od ryb. Wysłałam do Kazimierza Walasza sms-a, że pstrągi skaczą jak delfiny, na co dostałam odpowiedź, że to chyba leszcze. W Wildze żyją zmutowane raki, które mają jedne większe, a drugie mniejsze szczypce. 

Co tam jeszcze zobaczyłaś?
Wzdłuż Wisły - od Przegorzał po most Zwierzyniecki - ciągnie się przypominający podmokłą puszczę las łęgowy, mieszka tam mnóstwo zwierząt, a stawy porasta rzęsa wodna. Z drugiej strony rzeka to ściek. Ludzie wrzucają do wody wszystko, co im niepotrzebne: śmieci, gruz, zużyte sprzęty. W marcu natknęłam się na przykład na choinkę z bańkami. Dewastację krajobrazu widać szczególnie w pobliżu ogródków działkowych.  Z kolei w Wildze jest bardzo dużo wózków z hipermarketów, zaś w Dłubni są telewizory, lodówki i stare okna. Wszędzie roi się od butelek po piwie. Gdy to wszystko zobaczyłam, byłam strasznie przejęta.  

I dlatego chciałaś zrobić na ten temat film?

Nie, taki plan miałam już wcześniej. Do tego pomysłu zapalił się też mój mąż i zbudował mi łódeczkę ze sklejki, która pod spodem miała puste plastikowe pojemniki powiązane sizalowym sznurkiem. Miałam wyruszyć w kolejną podróż. Film powstawał przy współudziale operatora Piotra Pawlusa.

Tym razem to była już samotna wyprawa.

Chciałam, żeby podróż sześcioma rzekami była jak przyrodniczy film o odkrywcach na przykład w odległej Amazonii, i co tak naprawdę działo się raptem kilkaset metrów lub kilka kilometrów od mojego domu. Każda rzeka była filmowana inną porą roku. Powstały senne obrazy o sześciu rzekach Krakowa. Każdej poświęcony jest jeden odrębny film. Wszystkie obecnie są w kolekcji Bunkra Sztuki. 

Film został nakręcony, projekt zakończył się. A co z rzekami? 

Na początku nie robiłam tego, żeby je ratować. Chodziło mi bardziej o dzieło sztuki, choć wkurzało mnie, że są zanieczyszczone i śmierdzące, że wpływają do nich ścieki. Gdy  zaczęłam o tym opowiadać innym, informować znajomych na facebooku dostałam setki maili. Zadzwoniła też do mnie koleżanka, która miała w planach emisje audycji w radiu, właśnie o rzekach. Coś się wtedy też takiego stało, że zaczęłam fascynować się tym tematem. Poznałam środowisko ludzi zakręconych na punkcie rzek. Jednocześnie zrozumiałam, że razem z doktorem Walaszem, który był researchem do projektu „6 rzek” możemy stanowić siłę. Ja szukałam miejsc pod piękne ujęcia, a on fotografował wszystkie nielegalne ścieki. On pokazywał liczby, a ja obrazy. 

I tym sposobem doszłyśmy do Wodnej Masy Krytycznej, która po raz pierwszy odbyła się na Wiśle pięć lat temu.

Bo Krakowianie marzą o kąpieli w niej. Przyszli z pontonami, materacami starymi kajakami, wszyscy pływali. Były skoki do wody, kąpiele wodne i plażowanie. Wtedy też pokazywaliśmy nasz film o krakowskich rzekach na ekranie umiejscowionym pod mostem Grunwaldzkim. Ekran odbijał się w wodzie. Było fantastycznie. To wszystko działo się podczas festiwalu Artboom. Mam nadzieję, że i w tym roku będzie podobnie.

Niebawem Polska o Tobie znowu usłyszała. Tym razem ujęłaś się za Białką. 

Białka ma swój początek wysoko w Tatrach z połączenia Rybiego Potoku i Białej Wody. To jedyna w Polsce tak dzika górska rzeka. Każdego roku zmienia swoje koryto poprzez gwałtowne wezbrania. Jest odzwierciedleniem charakteru gór i symbolem Podhala. Znam to miejsce od lat, bo tam jeździłam na wakacje. Nad Białką bywała też moja babcia Róża, z wykształcenia doktor biologii. Do Białki wpuszczała ryby, prowadziła obserwację i dziwiła się, że z jednej strony państwo finansuje badania biologów, z drugiej strony buduje tamy. Gdy więc pojawił się pomysł regulacji Białki, od razu pomyślałam o zorganizowaniu tam protestu, ale to było bardzo trudne. Przerażała mnie odległość, bo dotychczas wszystko robiłam w Krakowie i nie wiedziałam, czy dam radę. Ale w 2012 roku zaczęły pojawiać się w mediach kolejne informacje o regulacji Białki i ja te artykuły wrzuciłam na facebooka. Spotkałam się z ogromnym odzewem, wiec protest był nieunikniony. Któregoś dnia przyszła do mnie Asia Pawluśkiewicz, której rodzina pochodzi z Nowego Targu i mówi: „Cecylia róbmy coś z tą Białkę, bo oni chcą nam ją zamurować”. To wszystko zbiegło się z moją wystawą w Bunkrze Sztuki „Rezerwat Miasto”. 

W obronie Białki zaplotłaś warkocze. Co Cię do tego zainspirowało? 

Byłam z rodziną na wakacjach w Rumunii i tam romskie dziewczynki sobie je plotły. Bardzo mi się to spodobało i postanowiłam, że też będziemy plotły warkocze w obronie Białki. W ten sposób chciałam zrobić dla rzeki linię ochronną. Bardzo miękką i kobiecą. Zanim do tego doszło pojechałam z mężem do Łodzi, gdzie kupiliśmy kilka belek materiałów w seledynowych i niebieskich kolorach, mieniących się jak woda. Pocięliśmy je na paski i ten kto przychodził do Bunkra Sztuki mógł pleść warkocze. Niektórzy wpadali tylko na 15 minut, a siedzieli godzinami, bo tak ich to wciągało. 
Do współpracy  przy projekcie zaprosiłam eksperta z zakresu ochrony środowiska - prof. Romana Żurka, który zaprezentował hardcorowe zdjęcia pokazujące dewastacje rzek w Małopolsce.
Jak przy każdej takiej akcji społecznej uruchomiły się też emocje i dostaliśmy bardzo dużo listów. Jakiś mały chłopiec z okolic Białki przysłał nam małe prześcieradło, żeby je pociąć na paski i wpleść w ten warkocz. Uczniowie gimnazjów przychodzili i mierzyli, ile metrów mogą upleść w godzinę. Do akcji włączyli się też pracownicy Bunkra Sztuki. Jedni cięli paski, inni wplatali je do warkocza. Efekt był taki, że przez całą galerię przechodziły węże łączące pracowników. W szatni obok ubrań wisiały zwoje warkoczy, a pani Ania w kasie była prawie niewidoczna, bo otaczał ją jeden wielki kokon.

Te warkocze połączyły ludzi w obronie rzeki. To takie symboliczne. 

Tak, ale Ci ludzie jeszcze wówczas nie słyszeli o problemie Białki. Gdy się dowiedzieli, postanowili pojechać na protest. Dyrektor Bunkra Sztuki Piotr Cypryański zdecydował się nawet wynająć w tym celu autobus.
Jednocześnie, w Krakowie w dzień ziemi z wieży ratuszowej wyrzucaliśmy kulki z warkoczami, które rozwijały się na rynku i wyglądały jak płynące rzeki. Na płycie rynku stanęły też tablice informujące o stanie polskich wód. Na miejscu był też prof. Żurek, Paweł Augustynek Halny i inni eksperci, którzy rozmawiali z ludźmi o problemie regulacji rzek. To też było zaproszenie dla mieszkańców Krakowa do wzięcia udziału w obronie Białki przed dewastacją. 

A z okolic Białki nikt się nie odezwał? 

Wręcz przeciwne. Zaraz potem napisali do mnie gimnazjaliści z Nowej Białej, o tym iż ich rzeka robi się sławna i chcą czegoś więcej dowiedzieć się na jej temat. W końcu niektórzy zaczęli nas nawet popierać wbrew swoim rodzinom. Skontaktowała się też ze mną tamtejsza nauczycielka twierdząc, że ja się lansuję na problemie Białki. Odpisałam jej grzecznie, że jestem z tym miejscem od lat związana, spędzałam tutaj wakacje, tu pracowała moja babcia i że ta rzeka to dla nich skarb. Wtedy zaprosili mnie na warsztaty i kilka dni przed protestem tłumaczyłam po co, to robię. Przypominałam, że rezerwat przyrody "Przełom Białki" założono w 1959 roku ze względu na wyjątkowe walory przyrodnicze, krajobrazowe i naukowe. Ponadto dolina Białki jest objęta unijną ochroną Natura 2000. Tymczasem mieszkańcy denerwowali się, bo Białka wylewa, zabiera im kawałki pól, lasu, niszczy dobytek. Nie chcieli jednak słyszeć o zabezpieczeniu przed powodzią wałami, które mogłyby stanąć wzdłuż drogi oddalonej stąd o kilkadziesiąt metrów. Ich zdaniem to zbyt słaba zapora. 

Jak długie warkocze udało się Wam upleść?

Miały prawie sześć kilometrów i do Białki trzeba je było wieźć ciężarówką. Nad Białką zrobiłam instalacje landartową z warkoczy oraz performans. Był piknik, ale też przyszli górale, którzy chcieli znieść Naturę 2000 i wywiązała się kłótnia. Mieli jednak szanse porozmawiać z ekspertami przyrodnikami i  dowiedzieć się o możliwościach ochrony przeciwpowodziowej, która nie będzie inwazyjna dla rzeki. I z tego skorzystali. Przyjechali też dziennikarze i każda ze stron mogła przedstawić swoje racje. Miesiąc później organizacje ekologiczne i naukowcy, którzy wspierali merytorycznie akcję „Warkocze Białki” napisali wspólną skargę do Komisji Europejskiej na to, w jaki sposób Polska wydaje unijne pieniądze na działania przeciwpowodziowe, które są tak naprawdę masakrą ekologiczną robioną po to, by firmy miały zlecenia. Do raportu dołączone zostały zdjęcia z Warkoczy Białki i symboliczna kula warkoczy. Ale najważniejsze  jest to, że ostatecznie udało się utrzymać w Białce Naturę 2000. 

Jak na te projekty patrzy Twoja rodzina? Też bierze w nich udział?

Jak moje dzieci były małe to uczestniczyły w tych wszystkich akcjach i protestach. Teraz potrzebują robić coś swojego. Urszula przychodzi jeszcze na nasze akcje, a Antek już nie i ja go do tego nie zmuszam. Najważniejsze jest jednak to, że rozumieją problemy ekologii, bo ziarno zostało zasiane. Niech teraz budują swój świat.
 

Foto/Video


Fatal error: Uncaught exception 'Doctrine_Record_UnknownPropertyException' with message 'Unknown record property / related component "type" on "ArticlePhoto"' in /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record/Filter/Standard.php:55 Stack trace: #0 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record.php(1395): Doctrine_Record_Filter_Standard->filterGet(Object(ArticlePhoto), 'type') #1 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record.php(1350): Doctrine_Record->_get('type', true) #2 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Access.php(72): Doctrine_Record->get('type') #3 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/templates_c/%%0E^0E4^0E407559%%footer.tpl.php(97): Doctrine_Access->__get('type') #4 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/smarty/Smarty.class.php(1869): include('/home/krakow05/...') #5 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/templates_c/%%86^861^861EA998%%article.tpl.php(67): Smarty->_smarty_include(Array) #6 /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/smarty/Smarty.class in /home/krakow05/domains/miastopociech.pl/libs/Doctrine/Record/Filter/Standard.php on line 55