Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x

Aktualności

Tańsze obiady, lżejsze tornistry i więcej miejsc w liceach

Tańsze obiady, lżejsze tornistry i więcej miejsc w liceach

26.09.2018

O polityce, szkolnych stołówkach, ciężkich tornistrach i kumulacji roczników z Martą Tatulińską z Forum Rad Rodziców, wiceprzewodniczącą Rady Dzielnicy XIV Czyżyny, która w tym roku startuje w wyborach do Rady Miasta Krakowa z Komitetu Wyborczego Wyborców Jacka Majchrowskiego - Obywatelski Kraków rozmawia Anna Kolet-Iciek.


Przez ostatnie lata była pani jedną z najgłośniejszych oponentek polityki oświatowej prezydenta Jacka Majchrowskiego, a dziś startuje pani do Rady Miasta z jego komitetu. Jak to pogodzić?


To lista koalicyjna. Startuję z szóstego miejsca w okręgu nr 2, obejmującym Dzielnicę V Krowodrza i IV Prądnik Biały. Rekomendacja dla mnie przyszła z Platformy Obywatelskiej, od radnych, z którymi wcześniej współpracowałam, m.in. przy okazji przygotowania rezolucji Rady Miasta potępiającej reformę edukacji.

Ale jednocześnie związała się pani z Jackiem Majchrowskim, który wówczas pokazał, że jest głuchy na problemy oświatowe i kwestie wdrażania reformy pozostawił swojej zastępczyni oraz małopolskiej kurator oświaty, które nie zawsze z należytą uwagą wsłuchiwały się w głosy rodziców i nauczycieli.

Rzeczywiście przez ostatnie lata recenzowałam poczyniania prezydenta, nie ze wszystkimi decyzjami się zgadzałam i nadal będę go namawiać do wprowadzenia określonych zmian, ale bardzo mi zależy, żeby komitet Obywatelski Kraków odniósł sukces w tych wyborach. Wygrana Jacka Majchrowskiego jest kluczowa dla wprowadzenia zmian w krakowskiej oświacie. Nie wierzę w to, żeby Małgorzata Wassermann wysłuchała nas-rodziców, nie wierzę żeby dostrzegła konsekwencje reformy edukacji i nie wierzę, żeby zechciała z nimi walczyć.

Oprócz Małgorzaty Wassermann są jeszcze inni kandydaci. Jak chociażby Łukasz Gibała.

W poprzednich wyborach samorządowych Łukasz Gibała, podobnie jak teraz, zjednywał sobie aktywistów miejskich, natomiast nie zauważyłam, żeby przez te cztery ostatnie lata uczestniczył w projekcie społecznym z przekonaniem i zaangażowaniem. Rozdawał rośliny, czipował psy, ale nie miałam od niego żadnego sygnału, że możemy dostać jakiekolwiek wsparcie lub że leży mu na sercu krakowska edukacja. Aż do czasu kiedy zaczął szukać ludzi na wybory. Wtedy najpierw dostałam jego książkę z dedykacją, a potem telefon z prośbą o spotkanie.

Co miał pani do zaoferowania?

Nie wiem, bo się z nim nie spotkałam.

Jak trafiła pani do polityki?

Mam wątpliwości, czy rzeczywiście trafiłam do polityki. Jestem raczej osobą zaangażowaną społecznie, takim politykiem społecznym. Moja działalność zaczęła się od buntu, kiedy sześć lat temu, ówczesna wiceprezydent miasta Anna Okońska-Walkowicz zapowiedziała likwidację MDK-ów, kilkunastu szkół, świetlic środowiskowych i reorganizację stołówek, a także cięcia etatyzacji w przedszkolach. Wówczas w Krakowie zrodził się bunt rodziców przeciwko takiej polityce miasta i tak zaczęła się moja przygoda z polityką.

Rodzice pokazali wówczas, że potrafią być skuteczni.

Radni zaczęli wsłuchiwać się w nasz głos, oczywiście przeliczając to na głosy wyborcze, zauważył to również prezydent i wycofał się z najbardziej kontrowersyjnych zmian. Niestety nie udało się obronić świetlic środowiskowych, a także stołówek, choć do tego tematu zamierzam wrócić.

Jak obecnie funkcjonują szkolne stołówki w Krakowie?

Część szkół nadal sama je prowadzi, w części robi to ajent, a niektóre przeszły na catering. W efekcie dochodzi do sytuacji, że w jednej samorządowej szkole rodzice płacą za obiad 4,50 zł, a w szkole obok, gdzie jest ajent lub catering, ten obiad kosztuje już 9-10 zł. Z wyliczeń przedstawionych wówczas przez miasto wynikało, że w ten sposób Kraków oszczędza rocznie 20 mln złotych. Rzecznik Praw Obywatelskich wskazał, że to ewidentne naruszenie równości obywateli, jego zdaniem przepisy ustawy o systemie oświaty należy tak interpretować , że bez względu na to, kto karmi dzieci, rodzice powinni płacić jedynie za wsad do kotła.

Obiecuje pani wrócić do tego tematu i sprawić, że obiady w szkole będą tańsze?

Patrząc na przebieg kampani wyborczej nie mam zmiaru obiecywać, że coś załatwię. Mogę jedynie obiecać, że zrobię wszystko, żeby pewne sprawy były załatwione, będę robiła wszystko, by przekonać radę miasta i prezydenta do określonych rozwiązań i wprowadzenia zmian. Mamy w tej sprawie orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który uznał, że miasto powinno dopłacać do szkolnych obiadów. Jest też opinia Regionalnej Izby Obrachunkowej z Białegostoku, która w maju tego roku po skardze tamtejszych rodziców orzekła, że należy przywrócić poprzednią praktykę, polegającą na tym, że rodzice płacą jedynie za wsad do kotła i zaleciła zwrot nienależnie pobranych pieniędzy.

Dlaczego rodzice w Krakowie nie pójdą tą drogą?

Nigdy nie chcieliśmy się posuwać do tego, żeby składać w tej sprawie doniesienie do RIO. Sama jestem trochę idealistką i nie lubię rozwiązań siłowych, bardzo źle się odnajdywałam w protestach ulicznych, dlatego powstało Forum Rad Rodziców. Jako pierwsi zwróciliśmy uwagę na to, że rady rodziców i rodzice w szkołach nie mają żadnego instytucjonalnego wsparcia, poruszają się po omacku. Postanowiliśmy to zmienić. Od kilku lat jesteśmy dla nich wsparciem, organizujemy szkolenia, debaty, pomagamy rozwiązywać szkolne konflikty, podpowiadamy pewne mechanizmy. Każdy rodzić chce mieć wpływ na edukację swojego dziecka, na to jak funkcjonuje szkoła, jak realizowany jest program nauczania, jakie metody są stosowane, chcemy mieć wpływ na dni wolne, godziny pracy …

Rzeczywiście możemy tego wymagać, posyłając dziecko do publicznej szkoły?

Tak jak polityka jest grą zespołową, tak edukacja dzieci powinna być grą zespołową. Do wyedukowania dziecka potrzebna jest cała wioska. Rodzice powinni mieć wpływ na to, co dzieje się w szkole, a dyrektor powinien z nimi współpracować.

Na pewne rzeczy nie mamy jednak wpływu, jak chociażby reforma edukacji. PiS wprowadził ją wbrew opinii rodziców czy nauczycieli. Pani syn, który uczy się obecnie w trzeciej klasie gimnazjum będzie jedną z pierwszych ofiar tej reformy, bo o miejsce w szkole średniej będzie musiał powalczyć z młodszymi kolegami kończącymi w tym roku podstawówkę. Jak się przygotowujecie do tej kumulacji?

Głównie psychicznie, bo nie godzę się na to, żeby moje dziecko pracowało po 60 godzin w tygodniu.

Nie zamierza startować w olimpiadach, żeby zwiększyć swoje szanse na dostanie się do wymarzonego LO?

Nic na siłę. On ma swój pomysł na życie, dwa lata temu zainteresował się robieniem muzyki elektronicznej, sam nauczył się obsługi odpowiednich programów komputerowych. Uczy się języków obcych: angielskiego i rosyjskiego. Chciałabym, żeby po skończeniu gimnazjum znał perfekcyjnie jeden język, a drugi w stopniu komunikatywnym. Ale oczywiście bardzo boimy się tego, co będzie na wiosnę.

Pojawiają się głosy, że ten ostatni w historii egzamin gimnazjalny będzie dużo trudniejszy od pierwszego sprawdzianu ósmoklasisty.

Sami nauczyciele to mówią, widząc próbne arkusze. I nawet by mnie to specjalnie nie zdziwiło, bo przecież PiS musi uzasadnić likwidację gimnazjów, pokazać, że były beznadziejne, że źle kształciły i dzieci sobie nie poradziły. 

Ministerstwo edukacji twierdzi, że problemu "kumulacji" nie ma, bo dzieci wezmą udział w oddzielnych rekrutacjach do liceum, będą uczyły się w innych klasach, według różnych programów.

Ale będą walczyć o miejsca w tych samych szkołach, które będą musiały znaleźć miejsce dla absolwentów gimnazjów i absolwentów podstawówek. Szkoły nie są z gumy, więc zamiast tworzyć 12 klas pierwszych, utworzą po sześć dla każdego rocznika.

Z wyliczeń Forum Rad Rodziców wynika, że w Krakowie miejsc w liceach może zabraknąć dla ok. 6 tys. dzieci.

Nie musi tak być. Cały czas liczę na to, że oferta dobrych ogólniaków zostanie w Krakowie poszerzona. Mamy teraz ostatnią szansę, by uratować te dzieci.

Zakładając nowe szkoły?

Nie rekomendowałabym teraz tworzenia zupełnie nowych szkół, bo one nie będą miały szansy zaistnieć w świadomości uczniów i rodziców, to można było robić dwa lata temu. Teraz jedynym sensownym rozwiązaniem jest tworzenie filii lub drugich lokalizacji znanych krakowskich ogólniaków, np. w budynkach po wygaszanych gimnazjach.

Pani zdaniem, filia V LO, uruchomiona np. w Nowej Hucie, to jest to, czego oczekują uczniowie i rodzice? Przecież to nie będzie ta sama “piątka”.

Ale zarządzana przez tego samego dyrektora, a sposób kierowania szkołą determinuje jej rozwój i postępy, ważny jest dobór nauczycieli, czy metody nauczania, za co odpowiada właśnie dyrektor.

Rozmawiała Pani na ten temat z prezydentem Jackiem Majchrowskim?

Tak i zapewnił mnie, że w Krakowie nie będzie problemu kumulacji roczników. Trzymam go za słowo i liczę na to, że wiceprezydent Katarzyna Król i Wydział Edukacji intensywnie pracują nad rozwiązaniem tego węzła gordyjskiego.

Kolejna szkolna bolączka to zbyt ciężkie tornistry. Na to też ma pani jakiś pomysł?

To problem realny. Na szczęście część dyrektorów szkół szuka rozwiązań i przekonuje do nich swoich nauczycieli. Z realizacją bywa różnie, bo nauczyciele są przyzwyczajeni do swoich metod pracy i trudno im się przestawić, ale możliwości na walkę z ciężkimi tornistrami jest sporo.

Jakie?

Można zapewnić dzieciom drugi komplet podręczników w szkole, żeby nie musiały ich dźwigać z domu. Są szkoły, które kupują dodatkowy sprzęt umożliwiający pracę na lekcji bez użycia podręcznika. Niestety budżety szkół nie przewidują takich zakupów, a dyrektor, żeby zdobyć pieniądze musi wprowadzać do szkół więcej komercyjnych zajęć, często kosztem kółek zainteresowań dla uczniów lub takie zakupy muszą finansować rodzice, choć nie powinni być tym obarczani. O tych problemach trzeba zacząć rozmawiać, bo jak się spotka grupa ludzi i zacznie myśleć, to zawsze coś wymyśli. To we współpracy rodzą się najlepsze pomysły i najlepsze rozwiązania dla problemów. Polityka też powinna być grą zespołową.

W Krakowie działa przecież zespół doradczy rodziców

Powstał trzy lata temu. Byłam jego członkiem przez dwa lata. Niestety pani wiceprezydent spotkała się z nami tylko dwukrotnie. Chciałabym zrobić coś więcej: zaproponować stanowisko Rzecznika Rodzica, który miałby się zająć m.in. tymi kwestiami, którymi zajmuje się Forum Rad Rodziców: szkoleniami, mediacją, wsparciem w procesach demokratyzacji szkół, organizacją debat na tematy, które rodzice uważają za istotne w procesie edukacyjnym.

Co uważa pani za jeden z ważniejszych punktów swojego programu wyborczego?

W procesie wychowania młodego człowieka, oprócz domu i szkoły, ważne jest jeszcze “podwórko” czyli ta przestrzeń, w której dziecko nawiązuje relacje rówieśnicze bez bezpośredniej ingerencji dorosłych. Pisze o tym ks. Andrzej Augustyński, twórca Siemachy, w swojej książce “Coca kocha colę”. Gdy byłam dzieckiem bawiliśmy się “pod blokiem” na trzepaku, czy na boisku przyszkolnym. I właśnie boiska szkolne powinny być miejscem, w którym dorośli oferują dzieciom bezpieczną przestrzeń do zabawy, nawiązywania przyjaźni, nauki współpracy, kreowania relacji. Uważam, że boiska szkolne, będąc naszym wspólnym dobrem powinny być udostępnione mieszkańcom po godzinach pracy szkoły i w weekendy. Problem polega na tym, że odpowiedzialność za wszelkie zdarzenia na tym terenie spoczywa na dyrektorze. I tę kwestię należy rozwiązać siadając do rozmowy, w ramach swego rodzaju “okrągłego stołu edukacyjnego”.

Rozmawiała Anna Kolet-Iciek

Dodaj komentarz

made in osostudio