Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Nie narzekam, tylko działam

Nie narzekam, tylko działam

12.06.2013

O byciu mamą i naukowcem rozmawiamy z doktor Anną Ziomkiewicz-Wichary, antropolożką z Krakowa, prowadzącą badania we wrocławskim oddziale Polskiej Akademii Nauk. W rozmowie uczestniczy 5-letni Janek Wichary.
Pracuje Pani we Wrocławiu, mąż w Warszawie, a mieszkają Państwo z synem w Krakowie. Jak cementować więzy rodzinne, gdy ciągle się jest w rozjazdach?

Oczywiście nie jest to łatwe, ale przez ostatnie lata tak organizujemy życie zawodowe, by jak najmniej ucierpiała nasza rodzina. Dom mamy jeden. W Krakowie. Choć nie jest on do końca urządzony, bo ciągle są inne priorytety i albo gdzieś wyjeżdżamy, albo skądś wracamy, to jednak chcemy, by to miasto było stałym punktem na naszej prywatnej mapie. Nie zamierzamy nigdzie emigrować. 

A jak syn reaguję na Państwa nieobecność?

Nigdy nie jest tak, że zostaje w domu bez rodziców. Dzielimy się obowiązkami, by jedno z nas opiekowało się Jankiem, gdy drugie pracuje. Mamy to szczęście, że nasz czas pracy nie jest normowany i możemy nim w dowolny sposób zarządzać.  A jeśli jest sytuacja podbramkowa to Jankiem opiekują się nasi znajomi.

Skąd pomysł na Wrocław i Warszawę? Czy naukowcom trudno znaleźć pracę w Krakowie?

W przypadku mojego męża, który wykłada psychologię w Warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, przeważyły kwestie finansowe i organizacyjne. SWPS daje dobre pensje i zapewnia lepsze finansowanie badań. Ja z kolei pracuje na etacie we wrocławskim oddziale Polskiej Akademii Nauk, bo tuż po studiach doktoranckich nie mogłam znaleźć pracy w Krakowie. We wrocławskiej PAN jest Zakład Antropologii - jedyna chyba w Polsce placówka stricte badawcza realizująca badania w zakresie biologii człowieka. Jak sześć lat temu otrzymałam propozycję zatrudnienia, to niewiele się zastanawiałam.

Lubi Pani swoją pracę?

Tak,  marzeniem każdego naukowca jest poświęcać więcej czasu na badania niż na zajęcia dydaktyczne.
A ja myślałam, że nauczanie studentów też sprawia radość naukowcom…
Tak, pod warunkiem, że nie trzeba przeprowadzać pięciu kursów tygodniowo, bo wtedy nie ma mowy o badaniach.

Jak Panią przyjął Wrocław i jak Pani go odbiera?

To trudne pytanie, bo jest inaczej, jak się gdzieś mieszka, a inaczej jak się tylko pracuje. Pochodzę ze Starachowic, małego miasta i krakowski klimat bardziej mi odpowiada. Żyje się tu spokojniej. Wrocław ma dynamikę dużego miasta. Ma też oczywiście mnóstwo urokliwych miejsc. To co różni te obie metropolie, to sposób podejścia do oddolnych inicjatyw, choćby w sferze kultury. Wrocław je premiuje. W Krakowie kultura bardziej narzucana jest przez instytucje.

Starachowice, Kraków, Wrocław, Warszawa. To już wszystkie miasta na życiowej mapie Anny Ziomkiewicz-Wichary?

Nie, była też Bazylea, gdzie przebywaliśmy przez rok, bo mąż otrzymał stypendium na tamtejszym uniwersytecie w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy SCIEX. Teraz stypendystką będę ja i lecę za ocean.

A gdzie?

DoStanów Zjednoczonyc. Już w czasie studiów magisterskich marzył mi się taki wyjazd. Ale dopiero teraz stało się to możliwe. Jakiś czas temu złożyłam wniosek o stypendium Fulbrighta. I komisja go zaakceptowała. Czeka mnie wielka naukowa przygoda, ale też mam ogromną ciekawość poznania społeczeństwa amerykańskiego.

Jaką uczelnię Pani wybrała?

Uniwersytet Yale

Brzmi nieźle. Zostawia Pani rodzinę w kraju?

Nie, jedziemy wszyscy na dziesięć miesięcy.
Janek:  nawet Chester
Anna: czyli nasz pies.

Ma angielskie imię?

Nie my je wymyśliliśmy. Nazwano go tak zanim trafił w nasze ręce.

Nad czym będzie Pani pracować?

Nad projektem dotyczącym procesu starzenia się kobiet, który związany jest z reprodukcją. Są takie badania demograficzne, które pokazują, że kobiety posiadające wiele dzieci, szybciej się starzeją. Częściej też zapadają na chorobę Alzheimera, czy układu krążenia. Żyją krócej.

Czy na takie procesy wpływ mają warunki życia wielodzietnych matek?

Tak. Wytłumaczę to w ten sposób. Fizjologia człowieka łączy się ze zjawiskiem oksydacji, która towarzyszy nam wszystkim na co dzień i jest związana z procesem oddychania. W normalnych warunkach mamy cały szereg mechanizmów zabezpieczających nas przed szkodliwym jej oddziaływaniem. Natomiast  w  sytuacji, kiedy dochodzi do niedoboru energii organizm kobiecy musi się na coś zdecydować, albo będzie chronić się przed szkodliwymi produktami oksydacji, albo inwestować w reprodukcję. I zwykle wybiera to drugie. Od razu zaznaczam, że problem ten nie dotyczy kobiet z jednym bądź dwojgiem dzieci, bo dwie ciąże nie obciążają znacznie organizmu.

W pracach badawczych krąży Pani wokół tematyki kobiecej. Trzy lata temu z mężem prowadziła Pani badania nad płodnością kobiet.

Jeszcze na studiach podobało mi się ewolucyjne podejście do zagadnień związanych z biologią kobiety. Zaczęłam od pracy magisterskiej, która poświęcona była synchronizacji cykli menstruacyjnych. To takie ciekawe zjawisko, kiedy mieszkające lub pracujące ze sobą, przez jakiś czas kobiety obserwują, że ich miesiączki zaczynają się niemal dokładnie w tym samym dniu. Podczas studiów  spotkałam  prof. Grażynę Jasieńską, która właśnie wróciła z Harwardu, gdzie zajmowała się ekologią reprodukcyjną, czyli kierunkiem badającym wpływ stylu życia i aktywności fizycznej kobiety na płodność. Trzy lata temu w Polsce ustalaliśmy, w jaki sposób stres psychologiczny wpływa na wydzielanie estradiolu i progesteronu, czyli dwóch najważniejszych hormonów w procesie reprodukcji u kobiet.

I jakie są wnioski?

Najprościej mówiąc, takie, że jeśli chcemy mieć dziecko, trzeba zwolnić tempo życia, albo umieć w odpowiedni sposób reagować na stres. Przebadaliśmy 143 kobiety w wieku od 25-35 lat, czyli w najbardziej optymalnym okresie reprodukcyjnym. Okazało się, że kobiety melancholijne, bardziej przejmujące się codziennymi kłopotami, reagują fizjologicznie intensywniej, mają niższy poziom hormonów odpowiedzialnych za rozmnażanie. Mogą mieć więc trudności z zajściem w ciążę. Z kolei kobiety o niższej reaktywności na stres, stabilne emocjonalnie i energiczne nie miały takich problemów. Kobiety o temperamencie sangwiniczki mogą więc łatwiej zachodzić w ciążę niż panie o usposobieniu melancholijnym.

Czy przyjęcia Janka na świat wiązało się u Pani z obawami?

Na początku trochę się bałam, że decyzja o macierzyństwie wywróci mój świat do góry nogami.

I wywróciła?

Tak. Można oczywiście zaprzeczyć, że dziecko nie zmienia stylu życia, ale to nie prawda. Wszystko jest już inne. W pierwszym okresie po narodzinach Janka miałam trochę problemów z ustawieniem życia zawodowego. Jest jednak taki moment, że trzeba ustalić pewne priorytety. Teraz Janek chodzi już do przedszkola, jest więc trochę łatwiej.

Janku lubisz swoje przedszkole?

 Tak, a najbardziej te klocki kwadratowe. A jak jest dzień pluszaka-luzaka – to z Filipem wymieniamy się zabawkami. Ja daje mu swój samolot.
Anna: Janek jest jedynakiem i miał problem z tym, że zabawkami trzeba się dzielić. Ale to już za nami.

Myśli Pani o kolejnym dziecku?

Raczej nie, bo nie można być jednocześnie świetną mamą, gospodynią i naukowcem. Nie da się tego wszystkiego pogodzić. Ostatnio czytałam artykuł o belgijskiej kobiecie sukcesu Inge Geerdens, która zapytana, jak znajduje równowagę pomiędzy rodziną z trójką dzieci, a kilkoma firmami, którymi zarządza odpowiedziała, że nie znajduje i że jej nie potrzebuje. Albo poświęca czas dzieciom, albo firmom i zawsze odbywa się coś kosztem czegoś. Mocno wspiera ją mąż, który wziął na siebie większość obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci.

Oboje Państwo jesteście naukowcami. Czy to dobrze dla związku, czy nie?

Myślę,  że dobrze, bo my nie rywalizujemy, tylko się uzupełniamy i nawzajem korzystamy ze swojej wiedzy. Niesamowite jest jednak to, że udaje nam się realizować takie rzeczy, które wspólnie wymyśliliśmy. Nie narzekam. I radzę tak wszystkim kobietom. Bo jak będziemy narzekać to nic nie zrobimy. A tu trzeba działać.
                                                                                                                                         Rozmawiała
                                                                                                                        Magdalena Strzebońska

made in osostudio