Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Trzy pokolenia Fedorowiczów

Trzy pokolenia Fedorowiczów

29.05.2014

Rozmowa z Jerzym Fedorowiczem, aktorem, reżyserem, posłem, dyrektorem artystycznym Teatru Ludowego oraz jego synami: Filipem, krakowskim adwokatem oraz Jerzym, radnym i kierownikiem działu promocji Teatru Ludowego. W rozmowie uczestniczą też wnuki: 13-letnia Ola, 12-letnia Zuzia, 10-letni Jasiek oraz 6-letnia Tosia.

 
Wychowywał Pan synów w dyscyplinie?

Skąd, mieli ze mną luz.

Filip: Bo tato rzadko bywał w domu.

Oboje z żoną, która z zawodu jest scenografem pracowaliśmy w teatrze, ale nasze pensje były tak skromne, że często nie starczało do pierwszego. Trzeba było pożyczać od sąsiada, a potem oddawać, gdy dorobiłem coś w radiu, telewizji, na estradzie, czy filmie. Przez to całymi dniami przebywałem poza domem. Ciężar wychowania synów spadł na moją żonę, która z wielkim oddaniem prowadziła dom.

A Pana rodzice byli surowi?

Moi rodzice, prześladowani po wojnie za działalność w AK, musieli uciekać na Ziemie Odzyskane. Tam przyszliśmy z bratem na świat. Potem nasza rodzina w poszukiwaniu lepszego życia przeprowadziła się z Polanicy Zdroju do Krakowa. Obaj z bratem dorastaliśmy w bardzo trudnych czasach, kiedy trzeba było walczyć o każdy dzień. Szybko staliśmy się łobuzami, których często temperowano. Jak coś przeskrobaliśmy, to ojciec mówił do dziadka, by sprawił nam lanie. Ale to była fikcja. Dziadek szedł z nami do pokoju i tam udawał, że nas bije, a my udawaliśmy, że płaczemy. Gorzej z babcią. Jej kara za nieposłuszeństwo polegała na wiązaniu nam rąk damską pończochą. To było strasznie upokarzające. W związku z tym nigdy nie stosowałem kar, czy zakazów wobec moich synów.

Nawet jak przynosili kiepskie oceny, albo uwagi w dzienniczku za złe zachowanie.

Prawda jest taka, że przez pierwsze lata pobytu moich synów   w szkole, miałem problem z odpowiedzią na pytanie, w której klasie się uczą, ale oczywiście o postępach w nauce na bieżąco mnie informowano. I większych kłopotów nie sprawiali. Każdy z chłopców był inny. Filip to typ ekstrawertyczny i jednocześnie bardzo stanowczy. Jak czegoś wymagał, to mocno to akcentował. Kochał mapy, książki, interesował się wszystkim, co było związane z historią i starożytnością. Jurek miał umysł logiczny i dobrze grał w szachy. Gdy miał sześć lat uczestniczył w zawodach radząc sobie z czterema bardziej doświadczonymi zawodnikami. Rok później prawie „uratował” mi życie. Gdy pracowałem na działce użądliły mnie pszczoły, spuchłem i zaczęły się duszności. „Młody” wyskoczył na drogę, zatrzymał kierowcę i sprowadził pomoc. Dzieci w sytuacji zagrożenia są niesłychanie odpowiedzialne i reagują bardzo dojrzale. 

Tata nic nie zakazywał, a wobec tego miał jakieś wymagania?

Filip: Oczywiście. Bardzo często. Zwłaszcza podczas wakacji.  Kiedyś wymyślił, że mam się uczyć tabliczki mnożenia. Po którejś z rzędu godzinie wkuwania straciłem już cierpliwość i się na niego obraziłem. Ale mnożyć się nauczyłem. Innym razem organizował nam lekcje angielskiego, albo kazał pisać wakacyjne dzienniki. Te zeszyty prowadziłem do czasów liceum. Zostawiłem je na pamiątkę, ale od lat do nich nie zaglądałem.

Kiedy tata miał dla Panów czas?

Filip: W ferie i wakacje. Wtedy organizował nam zabawę. Jak byliśmy w Krakowie, to najczęściej jeździliśmy razem na rowerach i graliśmy w piłkę nożną.

Jerzy: Pokazywałem im proste zagrania. Sam przecież kiedyś grałem szmacianką na podwórkach krakowskich kamienic.

Jurek: Zimą graliśmy za to razem w hokeja na osiedlowej ulicy, obok naszego bloku przy ul. Słomianej. Za bramki posłużyły nam przewrócone ławki, a hokejki zdobywaliśmy w składnicy harcerskiej. Z czasem dostaliśmy od wujka takie profesjonalne, z zagiętym końcem kupione w ówczesnym Związku Radzieckim.

A ruszaliście się gdzieś w Polskę?

Jerzy: W późnych latach 70 -tych kupiliśmy na talon „malucha” i często w wolne dni jeździliśmy nad Rabę do Stróży, gdzie w płytkiej wodzie uczyłem synów pływać. Należy pamiętać, iż wtedy nie było wolnych sobót. Co roku wyjeżdżaliśmy też do Zawadek na Podlasie, do mojej babci. Tam całą rodziną pomagaliśmy przy żniwach. To dla dzieci była trudna i nudna praca, ale tak kombinowałem, żeby było wesoło. Dzieliłem dzieciaki na grupy i ścigaliśmy się, kto szybciej postawi snopki.

Panowie z miasta szybko się tą pracą zniechęcali?

Jurek: Nie, bo to była dobra zabawa. Bardzo mile wspominamy ten czas.

A w dzieciństwie mieliście szanse wyjechać zagranicę? Taka podróż była największym marzeniem polskiego dziecka.

Filip: Na początku lat 80. byliśmy w Londynie. Polecieliśmy tam samolotem.

Jerzy: Zaprosili nas Polacy, którym wcześniej pomogliśmy zorganizować noclegi w Polsce, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II w Krakowie.

Filip: Ten wyjazd był dla nas szokiem, bo zobaczyliśmy wiele rzeczy, o których w Polsce nie było mowy. Na przykład piętrowe autobusy, zadbane parki i oczywiście świetne zabawki.

Jerzy: Na cały wyjazd, który trwał miesiąc, miałem raptem 80 funtów, więc trzeba było oszczędnie nimi gospodarować. Zdarzyło się tak, że gdy tylko przylecieliśmy do Londynu, Jurek rozchorował się, więc mu powiedziałem, że z Filipem pójdziemy do największego sklepu z zabawkami i kupimy mu „resorówkę”. Wybrałem mały samochodzik, ale Filip wypatrzył inny, niestety droższy. Zacząłem mu tłumaczyć, że nie starczy na bilet na metro do miejsca, w którym mieszkaliśmy. Postawił jednak na swoim. Zostało nam kilka penów na puszkę Fanty, którą na spółkę wypiliśmy w parku, a potem szliśmy 10 km do domu. Warto było, bo jak Jurek zobaczył prezent, to od razu wyzdrowiał.

Teraz z Londynu wracamy do Krakowa, do teatru. Często Panowie bywali na sztukach w Starym Teatrze, gdzie tata grał?

Filip. Tak. Chyba zobaczyliśmy niemal cały repertuar dla dzieci i dorosłych krakowskich teatrów. Ale praca rodziców łączyła się także z naszym przesiadywaniem w garderobie. Z dziećmi innych aktorów graliśmy w domino. Do znudzenia.

Zachęcali Państwo synów wyboru zawodów artystycznych?

Jerzy: Nie było takich rozmów. Obserwowałem ich obu i widziałem, że Filip na pewno nie zostanie aktorem. Kiedyś wziąłem go na sztukę „Romans z wodewilu”, ale jeden z aktorów się rozchorował i z przedstawienia wyszły nici. My aktorzy cieszyliśmy się, że mamy labę. W pewnym momencie Filip powiedział: tato, nie ma się z czego śmiać, przecież nie zarobisz pieniędzy. Mój pierworodny syn miał wtedy 9-lat.

Filip: Nigdy nie myślałem o aktorstwie. Nie chciałem iść drogą taty, bo wybrał trudny, czasochłonny zawód, który nie gwarantuje stabilnego życia. Poza tym nie lubiłem wówczas  występować przed szeroką publicznością. Po maturze w V LO zdecydowałem się na studia prawnicze, a potem aplikację adwokacką. I dziś jestem wspólnikiem w jednej z krakowskich kancelarii. 

Jerzy: Myślałem przez chwilę, że Jurek będzie aktorem. Przygotowywał się nawet do egzaminu na studia aktorskie, ale złamał nogę i potem już sobie odpuścił.

Jurek: Ostatecznie zdecydowałem się na zarządzanie kulturą, ale wcześniej przez dłuższy czas nie wiedziałem, co chcę w życiu robić. Dużo pracowałem z ojcem przy jego projektach,  tworzyliśmy spektakle, jeździliśmy z nimi po Polsce i Europie. Przez trzynaście lat grałem główną rolę w sztuce dla młodzieży.

W latach dziewięćdziesiątych, będąc dyrektorem Teatru Ludowego, reżyserował Pan „Romea i Julię”, a także inne sztuki, w których grała młodzież pochodząca często z patologicznych rodzin.

Chciałem, żeby ci młodzi ludzie robili w życiu coś wartościowego, a nie szwendali się po ulicach, palili papierosy i pili piwo. To był taki szczytny, terapeutyczny cel. Do swojego projektu przekonałem najpierw 50 osób, a potem kolejne 20. Pomysł aktywizacji młodzieży okazał się sukcesem. Przez niemal cztery lata zapraszano nas do różnych krajów Europy, gdzie graliśmy spektakle. W tym czasie bardzo pomogli mi moi synowie. Podczas wyjazdów Filip był tłumaczem, a Jurek grywał w tych sztukach. Był przygotowany do każdej roli, na wypadek gdyby inni odtwórcy zawiedli.

Pamięta Pan, jak synowie zaczęli przyprowadzać do domu dziewczyny?

Filipowi od razu dałem klucze do pracowni, by młodzi mieli własny kąt. Moja żona na początku trochę narzekała, ale w końcu na to przystała. Z drugiej strony nie chciałem, żeby synowie szybko się pobierali. Młodość musi się wyszumieć. Na szczęście pomyliłem się. Kocham bardzo moje obie synowie. Żona Jurka, jeszcze przed ślubem usłyszała od mojej mamy: Uważaj, bo ty wchodzisz do „rodziny wariatów”. To ją jednak nie powstrzymało.

Długo czekał Pan na wnuki?

Długo. Prawie sześć lat. Przez to byłem czasem wkurzony na Filipa. Oboje z żoną studiowali, potem zaczęli pracę i chcieli szybko się usamodzielnić. W końcu przemówiłem im do rozsądku i 8 marca 2001 roku przyszła na świat moja pierwsza wnuczka Ola. Gdy dowiedziałem się o jej narodzinach, właśnie byłem jurorem w Andrychowie, na festiwalu teatrów amatorskich. Razem z innymi członkami jury uczciliśmy to w typowy, polski sposób. Rok później urodziła się Zuzia, córka Jurka. Wiąże się z tym niezwykła historia. W tym czasie w szpitalu leżały mi dwie bliskie osoby: 90-letnia mama, która już się z nami żegnała, a kilkadziesiąt metrów dalej, na porodówce – synowa Renia. Biegaliśmy od jednej do drugiej. Mama świadomie czekała na narodziny Zuzi, a że miała ostry charakter, to w pewnym momencie zrugała Jurka mówiąc, że ona umiera, a prawnuczki jeszcze nie ma na świecie. Odeszła cztery dni po przyjściu na świat Zuzi.

Tak w życiu bywa, że jednych bliskich żegnamy, a drugich witamy. Teraz pewnie marzył się Panu wnuk?

To prawda, Jak dowiedziałem się, że Filip będzie miał syna, to byłem z tego strasznie dumny. Do szpitala kupiłem mu misia Jasia, a potem razem z Filipem przywieźliśmy synową i chłopca do domu. Gdy rodziła się druga córka Jurka: Tosia, to też zaraz poleciałem na porodówkę. 

Jurek: Tata ku zdziwieniu wszystkich przyszedł po teatralnej premierze. Miał na sobie smoking.

Rozpieszcza Pan wnuki?

Tak, ale w granicach rozsądku. Zabieramy je wszędzie, żeby poznawały świat.

Ola: Dziadek robi wszystko, żebyśmy nie siedzieli przed telewizorem i komputerem. Chodzimy do teatru, kina, do muzeów, czy do zoo.

Wyciągacie dziadka na zakupy?

Zuzia: Tak, bo bardzo to lubimy.

Jerzy: Najgorzej jest wtedy, jak wnuczki wchodzą razem do sklepu z ubraniami i ja muszę tam godzinami siedzieć. Obyczaj jest taki, że dzieciaki mogą wybrać co chcą, ale są pewne granice. Najcwańszy jest Jasiek. Jak miał cztery lata to chodził obok zabawek i badał, czy mu je kupię. Raczej jestem za tym, by wnuki wybierały użyteczne rzeczy.

Spędzają Państwo ze sobą dużo czasu?

Jerzy: Spotykamy się często w tygodniu. W każdą niedziele zbieramy się wszyscy na obiedzie w naszym podkrakowskim domu. W wakacje wybieramy się wspólnie na co najmniej dwutygodniowy urlop.

Wytrzymujecie ze sobą bez kłótni?

Jerzy: Kłócimy się najczęściej grając w scrabble. Filip stara się nam wmówić istnienie słów, o których nie mamy pojęcia, więc się na to nie godzimy. Stąd są spory.

Czy denerwuje się Pan czasem na synów, że popełniają błędy wychowawcze?

Filip: Cały czas zwraca nam uwagę.

Jerzy: Nieprawda. Już się wycofałem. Walczę tylko, by Jasiek za często nie grał na komputerze, ale całe szczęście przechodzi mu już ten etap.

A jak wnuczki przedstawią niedługo Panu swoich chłopców?

Jerzy: To będzie katastrofa.

Filip: Dziadek wszystkich przegoni.

Był Pan przecież liberalny wobec synów?

Z dziewczynkami jest inaczej.

Czyli Jasiek będzie miał lżej?

Tak, jak dorośnie dam mu moją „ramoneskę” i będzie wyglądał jak macho. Mężczyzna ma obowiązek podobania się kobietom.

Rozmawiała: Magdalena Strzebońska
Fot. Joanna Kucharska

made in osostudio