Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Przybywa przeciwników reformy edukacji. Czy likwidacja gimnazjów dojdzie do skutku?

Przybywa przeciwników reformy edukacji. Czy likwidacja gimnazjów dojdzie do skutku?

20.10.2016

Choć reforma minister Zalewskiej jest dopiero w powijakach, chaos w szkołach już trwa. Twardy orzech do zgryzienia mają zwłaszcza właściciele prywatnych gimnazjów, którzy właśnie zastanawiają się, czy prowadzić nabór na kolejny rok szkolny, czy też wstrzymać się z rekrutacją do czasu podpisania ustawy likwidującej te szkoły. A co, jeśli ministerstwo w ostatniej chwili wycofa się ze swojego pomysłu?
 
Formalnie zakazu prowadzenia rekrutacji nie ma. Na razie powstał bowiem zaledwie projekt ustawy oświatowej, jednak szkoły nie mogą nie brać go pod uwagę, planując swoją przyszłość. Problem mają zwłaszcza gimnazja niepubliczne, bo w tych szkołach zwykle o tej porze dobiega końca rekrutacja uczniów na kolejny rok. Tym razem, szkoły wstrzymują się z jej ogłoszeniem.

Patowa sytuacja

- Nie możemy prowadzić naboru do szkoły, której w przyszłym roku może już nie być – mowy Dorota Jackiewicz-Bardel, dyrektor Prywatnego Gimnazjum nr 7 w Krakowie. - Czekamy na podpisanie ustawy w ostatecznym kształcie i dopiero wówczas będziemy mogli podejmować decyzje co do przyszłości szkoły. Prawdopodobnie postawimy na rozwój naszego IV Prywatnego Liceum Ogólnokształcącego.

- To patowa sytuacja – przyznaje Krzysztof Kwiatkowski, dyrektor Zespołu Szkół Społecznych nr 3 w Krakowie, w skład którego wchodzi szkoła podstawowa i Społeczne Gimnazjum nr 3. – Na razie rozpoczynamy rekrutację do naszej podstawówki, bo u nas planowanie kolejnego roku szkolnego rozpoczyna się dużo wcześniej niż w szkołach samorządowych. Nabór do gimnazjum jest wstrzymany, czekamy na decyzje MEN. 

Do szkoły zgłaszają się za to pierwsze osoby, które chcą od przyszłego roku zapisać pociechę do klasy szóstej szkoły podstawowej. - To rodzice niezadowoleni ze szkoły, do której chodzi obecnie ich dziecko – tłumaczy Krzysztof Kwiatkowski. - Liczyli na to, że wkrótce pójdzie do gimnazjum i zmieni środowisko. Likwidacja tych szkół oznacza jednak, że uczeń musi dwa lata dłużej zostać w podstawówce, z której nie zawsze jest zadowolony, stąd próby przepisywania dzieci do innych placówek.

Dyrektor Kwiatkowski 10 października pikietował pod Urzędem Wojewódzkim w obronie gimnazjów. – Niepokoi mnie nieporadność kierownictwa resortu i kompletny brak koncepcji – mówi dyrektor. - Cała ta „reforma” robiona jest bez konkretnego planu i tego najbardziej się boimy.

Będą podwyżki?

Krystyna Starczewska prezes Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej zwraca uwagę, że w związku z reformą edukacji szkoły muszą się przygotować na spore wydatki.

– Szkoły niepubliczne mieszczą się zwykle w niewielkich budynkach, nie każda z trzyletniego gimnazjum będzie mogła przekształcić się w ośmioletnią szkołę podstawową czy nawet czteroletnie liceum. Co więcej, stając się podstawówką będą musiały dostosować pomieszczenia do przyjęcia młodszych dzieci. To, co w szkołach publicznych sfinansuje rząd i samorząd, w naszym przypadku będzie musiało być pokryte z pieniędzy szkoły, które w dużej mierze pochodzą od rodziców. Jeśli dana szkoła będzie zmuszona do zmiany siedziby na większą, to rodzice muszą się liczyć z podwyżkami czesnego.

Szkoły popłyną

W Krakowie pierwsze ofiary reformy już są. Niepubliczna Chrześcijańska Szkoła Podstawowa „Uczeń” od stycznia będzie musiała przeprowadzić się do nowego lokalu. Miejscy urzędnicy nie kryją, że sale, które obecnie zajmuje „Uczeń” od września będą potrzebne dla zreformowanej szkoły publicznej, która powstanie na bazie działającego w tym budynku samorządowego Gimnazjum nr 11 i XXIII LO.

A ponieważ to już kolejna zmiana lokalizacji placówki, dyrekcja, która ma dosyć ciągłych przeprowadzek zamierza wybudować swoją własną siedzibę … na barce. To pomysł jednego z rodziców uczniów. Projekt barki jest już gotowy, trwają rozmowy z urzędem na temat wyznaczenia miejsca, w którym mogłaby zacumować. Zostanie tu zorganizowana szkoła podstawowa i liceum. W sumie znajdzie się tam 11 klas dla ok. 200 uczniów. Do tej pory „Uczeń” był szkołą, która nie pobierała czesnego, a funkcjonowała dzięki subwencji oświatowej i dobrowolnym datkom rodziców.

Budowa barki może jednak pochłonąć 6 mln zł, dlatego dyrektor już zapowiada, że od przyszłego roku w szkole zostanie wprowadzone czesne.

To nie może się udać!

Dyrektorzy szkół obawiają się też ruchu w drugą stronę. Jeśli ministerstwo nagle wycofa się z pomysłu likwidacji gimnazjów, będzie za późno na przeprowadzenie naboru. – A na pewno będzie mniejszy niż zwykle – zaznacza Maria Kula, jedna z założycielek Gimnazjum z Oddziałem Dwujęzycznym im. Piotra Michałowskiego w Krakowie.

To dla wielu szkol może oznaczać kolejne problemy finansowe.

Tymczasem wycofanie się MEN z reformy wydaje się całkiem realne. Coraz więcej komentatorów jest zdania, że do likwidacji gimnazjów może nie dojść w przyszłym roku. Prof. Mirosław Handke, który 17 lat temu tworzył te szkoły twierdzi, że PiS zacznie stopniowo wycofywać się z pomysłu ich likwidacji, bo jego realizacja może partię słono kosztować. – Pani minister Zalewska jest niekompetentna, mówi ogólnikami i nie ma klarownego pomysłu na edukację – zaznacza prof. Handke. -Patrząc na jej sprawność organizacyjną, widzę, że przeprowadzenie tej operacji jest niewykonalne w jej wydaniu. 

Prof. Handke twierdzi, że nawet jeśli MEN nie wycofa się z reformy, to przynajmniej odłoży ją o jeden rok. - Zaczną się debaty i może wtedy znajdzie się jakieś rozwiązanie bardziej łagodne, bardziej ewolucyjne – uważa były minister.

Roman Giertych, minister edukacji w poprzednim rządzie PiS jest zdania, że reforma nie wejdzie w życie. – Za dwa-trzy miesiące, jak protesty wybuchną na szerszą skalę, Jarosław Kaczyński, przeczyta, że jest problem i zmieni zdanie co do likwidacji gimnazjów. Jestem przekonany, że nie będzie żadnej reformy edukacji – przyznał Giertych w programie „Kropka nad i”.

Nawet wśród zwolenników likwidacji gimnazjów panuje przekonanie, że zmiany wprowadzane są zbyt pochopnie.

- Pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł – mówi krakowska radna PO Teodozja Maliszewska. Jak sama przyznaje, nigdy nie była zwolenniczką gimnazjów. - Pamiętam, co się działo z moimi dziećmi, kiedy poszły do gimnazjum na sąsiednim osiedlu. Byli bici, okradani i wyzywani. Dziś w gimnazjach są te same problemy, co kiedyś. Ten eksperyment się nie udał. Jedynie o co mam pretensję, to że reforma robiona jest na kolanie. Nie da się tego zrobić w rok, tak jak nie da się napisać programów nauczania w dwa miesiące. To nie może się udać.

„Chcę iść do gimnazjum”

Stale przybywa też środowisk krytykujących poczynania minister Anny Zalewskiej. Protestują już nie tylko nauczyciele. W pikietach zorganizowanych 10 października w 17 polskich miastach przez ZNP wzięło udział ok. 30 tys. osób, wśród nich byli głównie belfrzy i opozycyjni politycy, ale przyszli także rodzice, a nawet uczniowie. Szóstoklasistka Zosia Musiał z Krakowa na transparencie napisała: „Chcę iść do gimnazjum”. To jej rocznik w pierwszej kolejności trafi do VII klasy wydłużonej szkoły podstawowej. Zosi, ta perspektywa wcale się nie podoba: - Chcę poznawać innych ludzi i znaleźć się w nowym towarzystwie – przekonuje. 

Negatywnie o reformie wypowiedział się niedawno Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka. W przesłanej MEN opinii do projektu ustawy oświatowej napisał m.in., że „wszelkie zmiany dotyczące ustroju szklonego powinny być przeprowadzane z niezwykłą rozwagą oraz w tempie umożliwiającym dokonanie pogłębionej analizy skutków proponowanych rozwiązań. Z niepokojeniem obserwuję, że działania resortu w tym zakresie nie pozwalają na rzetelną ocenę następstw proponowanych rozwiązań systemowych”.

Zdaniem RPD działania resortu oświaty mogą doprowadzić do zaburzenia poczucia bezpieczeństwa uczniów związanego z niepewnością wywołaną tak ogromnymi, i nie do końca jasnymi zmianami. Rzecznik skrytykował również fakt, że zgodnie z planami MEN w 2020 roku do pierwszej klasy liceum trafi podwójny rocznik uczniów: po VIII klasie szkoły podstawowej i III gimnazjum. - W tej sytuacji, nawet przy najlepszej organizacji pracy szkół, klasy będą musiały być bardzo liczne, a dostęp do wymarzonych szkół bardzo utrudniony – zauważa Marek Michalak. - W tym kontekście proponowane rozwiązania mogą być uznane za niekonstytucyjne.

Minister działa sama

Na początku października list do minister Zalewskiej wysłało też ponad 80 naukowców zajmujących się badaniami edukacyjnymi: „Jesteśmy świadomi, że nasz system edukacji wymaga doskonalenia. Równocześnie z niepokojem zauważamy, że wprowadzane przez Panią Minister zmiany mają rewolucyjny charakter i dotyczą elementów systemu, które w świetle wyników badań naukowych nie wymagają tak drastycznych przeobrażeń – napisali badacze. - Szczególnie niepokoi nas likwidacja gimnazjów, które po wielu latach ciężkiej pracy kadry nauczycielskiej i zaangażowania samorządów stały się ważnym elementem polskiej oświaty. Nie widzimy podstaw w wynikach badań naukowych dla tej decyzji”. 

Ciosy padają też ze strony innych resortów. Ministerstwo Finansów najwięcej uwag ma do oceny skutków regulacji, czyli tej części projektu, w której resort miał obowiązek uzasadnić, po co wprowadza ustawę i jakie skutki finansowe przyniesie ona dla budżetu państwa i samorządów. Zdaniem MF, podobnie zresztą jak Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ocena skutków regulacji nie zawiera wszystkich niezbędnych wyliczeń, w tym przede wszystkim skutków jakie w związku z reformą poniosą samorządy. Ministerstwo Rozwoju martwi się z kolei o środki unijne, z których dofinansowywane były gimnazja. Zdaniem MR zarys ustawy nie zapewnia trwałości tych projektów, co może oznaczać konieczność zwrotu pieniędzy. 

Sporo uwag ma również minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Choć w przesłanej opinii zaznacza, że jest zwolennikiem likwidacji gimnazjów, to jednak jego obawy budzi pomysł wprowadzenia matury branżowej dla absolwentów szkoły zawodowej. Według projektu osoby legitymujące się takim branżowym świadectwem dojrzałości nie będą mogły kontynuować kształcenie na poziomie studiów drugiego stopnia, a jedynie robić licencjat.

- W mojej ocenie, niedopuszczalne jest różnicowanie absolwentów studiów pierwszego stopnia ze względu na „rodzaj" posiadanego świadectwa dojrzałości: przecież z założenia wszyscy absolwenci studiów pierwszego stopnia zobowiązani są do uzyskania tych samych efektów kształcenia, a ukończenie studiów jest potwierdzone dyplomem ukończenia studiów oraz uzyskaniem odpowiedniego tytułu zawodowego – zauważa minister Gowin. - Różnicowanie absolwentów studiów pierwszego stopnia i co za tym idzie dyplomów ukończenia studiów pierwszego stopnia, w zależności od kwalifikacji posiadanych przed ich rozpoczęciem, może rodzić uzasadnione pytania o dyskryminację tych osób, które posiadają branżowe świadectwo dojrzałości.

Podobne zastrzeżenia zgłosili przedstawiciele Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ministrowi Gowinowi nie podoba się też zwiększanie kompetencji kuratorów oświaty, a zmniejszanie uprawnień jednostek samorządu terytorialnego. - Wzmacniając kompetencje kuratorów oświaty równocześnie obniża się wymagania stawiane kandydatom na te stanowiska - nie wymaga się od nich doświadczenia zarządczego, ani posiadania wiedzy i umiejętności w tym zakresie – zaznacza Gowin. - W efekcie może dochodzić do sytuacji, kiedy to osoby o formalnie niższych kwalifikacjach będą oceniać dyrektorów. Zwracam uwagę, że jednostki samorządu terytorialnego realizują obowiązki związane z utrzymaniem i prowadzeniem szkół w kontekście zapewnienia im odpowiednich warunków materialnych do działania, dlatego też powinny mieć możliwość wpływania na ich pracę.

Jak uratować katolickie gimnazja?

Wątpliwości mają również sami posłowie, i to z partii rządzącej. Niedawno posłanka Krystyna Pawłowicz, pytała w swojej interpelacji, czy MEN ma pomysł, jak uchronić szkoły katolickie przed likwidacją. Posłanka chciała wiedzieć czy reforma oświaty przewiduje możliwość, aby klasy 5-8 szkoły podstawowej mogły być prowadzone niezależnie od klas 1-4 i czy taka „niepełna” szkoła podstawowa mogłaby istnieć przy innej szkole np. przy liceum. 

Ostatnio interpelację w tej samej sprawie złożyła posłanka PiS z podkarpacia Halina Szydełko. Jej zdaniem reforma „dla wielu szkół katolickich, może oznaczać koniec istnienia. Rozbicie dobrych zespołów kadry nauczycielskiej może być w niejednym wypadku działaniem nieodwracalnym” – czytamy w interpelacji. Dlatego posłanka postuluje, podobnie jak Krystyna Pawłowicz, wprowadzenie możliwości tworzenia szkół złożonych wyłącznie z klas 5-8. Jej zdaniem może to uchronić przed likwidacją szkoły katolickie, które nie zawsze mają możliwości lokalowe, by tworzyć ośmioklasowe podstawówki.
Posłanka Szydełko nie doczekała się jeszcze odpowiedzi na swoją interpelację, za to z tej udzielonej Krystynie Pawłowicz, jasno wynika, że MEN nie przewiduje tworzenia „niepełnych” podstawówek.

Projekt ustawy oświatowej ma trafić pod obrady sejmu w grudniu.
 
 
 

made in osostudio