Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Prof. Mikołaj Spodaryk - Wyrodny ojciec, oddany lekarz

Prof. Mikołaj Spodaryk - Wyrodny ojciec, oddany lekarz

15.09.2015

Rozmowa z prof. Mikołajem Spodarykiem - pediatrą, twórcą i ordynatorem jedynego w Polsce południowej oddziału zajmującego się żywieniem pozajelitowym dzieci w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie Prokocimiu, założycielem pierwszego w Polsce oddziału Rowerowych Ratowników Miejskich, twórcą – wspólnie z nieżyjącym już prof. Jackiem Puchałą – krakowskiej szkoły leczenia oparzeń, która dziś stosowana jest w szpitalach w całej Europie.
 
Uważa się Pan za dobrego ojca?

Raczej wyrodnego, bo praca zawsze była dla mnie religią. Najważniejsi zawsze byli i są pacjenci, a wszystko inne musiało odejść na dalszy plan. Moich synów jazdy na rowerze uczyła mama, a strzelania z procy i gwizdania na palcach babcia. Pod tym względem nieelegancko powieliłem niestety model z mojego rodzinnego domu. Mój ojciec także był pediatrą i zazwyczaj widywałem go tylko w weekendy, jeśli oczywiście akurat nie miał dyżuru. Podczas urlopu tak bardzo chciał nam zrekompensować swoją nieobecność na co dzień, że po dwóch dniach mieliśmy z siostrą dość wakacji.

Żałuje Pan, że nie poświęcił synom więcej czasu?

Zawód lekarza nie uznaje kompromisów. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że mogłem być lepszym ojcem, zresztą poczułem to kilka lat temu, kiedy mój starszy syn wyjeżdżał na studia do Warszawy. W ostatni wieczór jedliśmy wspólnie kolację i wtedy chłopcy zapytali mnie, czy pamiętam ile razy byłem z nimi w kinie.
 
Pamiętał Pan?

Nie, ale oni tak. Powiedzieli: trzy razy i za każdym razem spałeś. Ja z kolei zapamiętałem taką sytuację: kiedyś w czasie urlopu budowaliśmy z synami latawiec z deseczek i papieru. Potem poszliśmy go puszczać i przez trzy godziny mordowaliśmy się, żeby wzbił się w powietrze. Nie udało się, a chłopcy pobiegli do mamy na skargę, że tatuś połamał latawiec i mówił brzydkie słowa. Frustracja moja była wtedy ogromna, bo bardzo się starałem, a mi nie wyszło. Wiem, że moi chłopcy, mimo wszystko, uważają mnie za dobrego tatę.

Może kiedyś z wnukami uda się Panu nawiązać bliższe relacje?

Jeśli dożyję wnuków, to pewnie też będę je zaniedbywał.
 
Nie przejdzie Pan na emeryturę, żeby móc poświęcić im więcej czasu?

Lekarze nie przechodzą na emeryturę, tylko umierają w locie, jak orły i to jest w tym zawodzie najpiękniejsze. Dobry lekarz do końca życia czuje się potrzebny, nie potrafi odmówić pomocy pacjentowi. I ja też nigdy nie przestanę być lekarzem, bo przysięga Hipokratesa wiąże na całe życie. Wszystkie inne przysięgi są mniej ważne.

Synowie nie poszli w Pana ślady?

Na szczęście wybrali inne zawody. Starszy jest antropologiem kultury, specjalizuje się w literaturze awangardowej. Młodszy skończył historię sztuki i szuka pracy. Obaj chcą robić doktoraty.

Odradzał im Pan studia medyczne?

Nie odradzałem, ale też nie zachęcałem, bo do wykonywania tego zawodu, trzeba mieć potężną motywację i naprawdę to kochać. Każdy chce mieć w rodzinie lekarza, ale często zapominamy jak ten zawód naprawdę wygląda; nie widzimy jak wysoką cenę trzeba zapłacić, by go wykonywać. Jeśli ktoś  nie jest gotowy poświęcić mu wszystkiego, łącznie z własną rodziną, to nie ma szans, by się udało. Wówczas zaczyna się frustracja i osobista tragedia. Nie byłem pewny, czy moich chłopców stać na takie poświęcenie. Znam wielu lekarzy, którzy źle wybrali i przez to popadli w alkoholizm, narkomanię, a nawet popełnili samobójstwo.

W każdym zawodzie są osoby, które źle wybrały.

Oczywiście tak, ale będąc sfrustrowanym lekarzem krzywdzi się nie tylko siebie, ale przede wszystkim swoich pacjentów. Nie tak dawno patrzyliśmy na tragedię kilkumiesięcznego dziecka, które zmarło z głodu, a wcześniej było „leczone” przez znachora z Nowego Sącza. Wszyscy mieli oczywiście pretensje do uzdrowiciela, ale moim zdaniem winni są również lekarze, bo gdyby rodzice dziecka otrzymali od nich wystarczającą pomoc nigdy nie poszliby do znachora. Widocznie umiał on lepiej słuchać i wzbudzał większe zaufanie niż lekarze, do których wcześniej zgłaszali się rodzice. Niestety zbyt wielu jest sfrustrowanych ludzi w tym zawodzie, którzy nie potrafią rozmawiać z pacjentami.

Pan nie ma z tym problemów. Podobno dzieci Pana uwielbiają.

Być może dlatego, że ja nie mam zamiaru dorosnąć. Mimo swoich 57 lat chcę nadal być dzieckiem, chcę zachować dziecięce myślenie, chcę widzieć świat tylko w jasnych kolorach, tak jak go widzą dzieci, bo dzięki temu łatwiej jest mi zrozumieć moich pacjentów.

Stąd Pana niekonwencjonalny ubiór, czerwony kitel z wyszytym dinozaurem?

Mam też różowy i kiedy go wkładam, przy mojej tuszy, wyglądam jak świnka Peppa. 

Jest Pan na bieżąco z kreskówkami?

Muszę być na bieżąco z tym, czym interesują się moi pacjenci. Trudno byłoby mi rozmawiać z młodym miłośnikiem Batmana, gdybym nie wiedział, kim jest Batman.

Poważny pan profesor wraca z pracy i ogląda bajki?

Nie powiem, żeby mnie to specjalnie rozrywało intelektualnie, ale jest to jeden z elementów przygotowania zawodowego. 

Wchodząc na oddział, którym Pan kieruje można przeczytać motto wypisane wielkimi literami „Naucz się godnie znosić sukcesy drugiego”. To Pana?

Profesora, którego 30 lat temu spotkałem na swojej drodze.

Dlaczego akurat ta sentencja jest dla Pana taka ważna?

Żeby uprawiać ten zawód trzeba być wolnym od nienawiści, ale także zazdrości czy zawiści. Niestety w każdej dziedzinie naszego życia jest grupa wstrętnych i bezinteresownych zawistników, którzy nic z tego nie mając tworzą piekło wokół osoby, której czegoś zazdroszczą.

Ma pan swoją grupę zawistników?

Każdy ją ma, bo my jesteśmy społeczeństwem obdarzonym wyjątkowym talentem do zawiści. Jak się tak zastanowię, to może nawet są tacy, którzy zazdroszczą mi łysiny albo dużego brzucha. 

Raczej sukcesów, których sporo ma Pan na swoim koncie.

Moim sukcesem, jest to kiedy kończąc pomyślnie leczenie nie odczuwam satysfakcji, czy dumy z tego, że się udało, bo przecież do tego zostałem przygotowany, ale spokój.
 
A co Pan czuje, jeśli leczenie zakończyło się porażką?

Pozostaje niepokój związany z tym, czy na pewno do końca dobrze przeanalizowałem przypadek, czy zrobiłem wszystko. Tragedie i niepowodzenia są wpisane w ten zawód. Pamiętam każdego małego pacjenta, który odszedł na moim oddziale. Co więcej, uczestniczyłem w każdej sekcji zwłok.

Dlaczego?

To podłe uczucie, ale jest to jeden z elementów nauki. Dzięki temu możemy zobaczyć, jak blisko albo jak daleko prawdy byliśmy. 

Jest Pan znany również z nietypowych akcji. Za jedną z nich „Szaleństwa Doktora Spodaryka” otrzymał Pan tytuł Honorowego Obywatela Gminy Lanckorona.

Jestem także Amicus Hominum, Honorowym Strażakiem Ochotnikiem w Izdebniku i Miłosiernym Samarytaninem. W Lanckoronie przez kilka lat z rzędu organizowałem wakacje dla okolicznych dzieci, które nigdy na wakacje nie wyjeżdżały. Robiliśmy tam szalone rzeczy, jak na przykład Dni Morza. Była prawdziwa plaża z muszelkami i bursztynami, a strażacy pomogli zalać wodą pół rynku w Lanckoronie i w ten sposób powstało morze. Nie tylko dzieci były zachwycone.

Akcja ”Jeszcze żyję!” to kolejny Pana pomysł, tym razem skierowany do seniorów.

Ludzie starsi to szalenie zaniedbana i bezradna grupa społeczna. Zakończyli aktywność zawodową, a wiek, stan zdrowia i często brak pieniędzy eliminuje ich z udziału w życiu towarzyskim i kulturalnym. Udało mi się przekonać dyrektora Opery Krakowskiej i Teatru Ludowego, by pozwolili seniorom uczestniczyć w próbach generalnych, na które i tak nie sprzedaje się biletów, a które odbywają się przy pełnej scenografii . Do tej pory seniorzy brali udział w 9 takich przedpremierowych przedstawieniach, a za każdym razem było ich na widowni od 280 do 350.

Jest Pan również autorem, wydanej niedawno książki pt. „Wiem, co je moje dziecko. Praktyczny poradnik, jak karmić dzieci, aby dziś i w przyszłości były zdrowe”, a zatem ma Pan pewnie swoją czarną listę produktów spożywczych, których maluchy nigdy nie powinny wkładać do ust.

Jest bardzo krótka. Właściwie nie ma na niej nic prócz grzybów, których dzieci poniżej czwartego roku życia nie powinny w ogóle jeść. Nie mają one dużych walorów odżywczych, a jedynie smakowe, natomiast małe dzieci nie mają jeszcze enzymu, który rozkłada węglowodany znajdujące się w grzybach i może u nich wystąpić objaw uboczny. Natomiast wszystkie inne produkty są dla ludzi, a więc także dla dzieci. 

Fast foody również?

Dania typu fast food są w porządku, pod warunkiem, że nie stanowią modelu odżywiania. Nie ma czegoś takiego, jak niezdrowa żywność, jest tylko niezdrowe odżywianie się. Nie jest niczym nagannym zezwolenie dzieciom od czasu do czasu na jedzenie takich posiłków. Choć nie należą one do kategorii zdrowych, to jednak ich sporadyczne spożycie nie wpłynie ani negatywnie, ani pozytywnie na zdrowie dziecka.

Co innego, gdyby na co dzień stołować się w barach szybkiej obsługi?

To już niosłoby z sobą negatywne skutki zdrowotne takie jak nadwaga, otyłość czy choroby układu sercowo-naczyniowego. Wyraźnie zaznaczyłem to w mojej książce, ale i tak dostało mi się od tzw. ekorodziców za pozwalanie dzieciom na jedzenie hamburgerów.

Ale chyba nie tylko za to. W książce pisze Pan również: „nie ma uzasadnienia kategoryczne zabranianie dzieciom jedzenia słodyczy. Mogą bowiem jeść czekoladę i słodycze, ale w rozsądnych ilościach”. Nadal Pan to podtrzymuje?
 
Absolutnie tak, bo nie ma nic piękniejszego od czekoladowego zapachu z buzi małego dziecka. Czym byłoby dzieciństwo bez lizaka i czekoladki? Zwłaszcza, że czekolada, obok mleka, mięsa czy świeżych owoców i warzyw ma działanie kariostatyczne, czyli chroniące przed rozwojem próchnicy.

Czyli można ją jeść bez ograniczeń?

Dla zębów znacznie gorsze są pączki, drożdżówki, krakersy, chipsy, a nawet suszone owoce. Trzeba jednak pamiętać, że słodycze, w tym czekolada, mają być jedynie dodatkiem do pełnowartościowej diety, a nie mogą być traktowane jako jej zamiennik. Nie mogą być również nagrodą za dobre zachowanie, zjedzenie obiadu, czy też sposobem wymuszania zmiany zachowania u dziecka. Popełnianie tego typu błędów sprawia, że u dzieci rozwijają się złe nawyki pokarmowe, które w dorosłym życiu mogą być przyczyną stosowania niezdrowej diety, a w jej następstwie nadwagi i otyłości.

Problem w tym, że obecnie nadwaga coraz częściej dotyka również dzieci. 

Rzeczywiście tak jest i ja również to obserwuję w swojej pracy. Problemem często nie jest jednak niewłaściwa dieta, ale brak ruchu. Dziś nie widuje się już dziewczynek grających na podwórkach w gumę, czy chłopców kopiących piłkę lub biegających z patykami. Zamiast tego częściej można ich zobaczyć przez telewizorem lub komputerem zajadających chipsy i paluszki.

Od września w szkolnych sklepikach nie będzie już można kupić tego rodzaju przekąsek. Znajdą się tam jedynie pełnoziarniste kanapki z chudą wędliną, sałatki i naturalne soki. To chyba dobrze?

To najgłupsze rozwiązanie jakie można było wymyśleć.

Rząd twierdzi, że w ten sposób walczy z otyłością u dzieci.

To jedynie pozory walki z otyłością. Nikt nie będzie kupował w sklepikach tych zdrowych kanapek i maślanki, sklepiki upadną, a my zapłacimy za to bezpieczeństwem dzieci.

W jaki sposób?

Jeśli dziecko będzie chciało zjeść chipsa, to go zje. Zakazaną paczkę kupi albo w drodze na lekcje, albo co gorsza, wymykając się na przerwie ze szkoły do pobliskiego sklepu położonego po drugiej stronie ulicy, a od tego tylko krok do tragedii. 

Jakie rozwiązanie byłoby Pana zdaniem lepsze?

Trzeba uczyć dzieci od małego właściwych nawyków żywieniowych. Dziecko, które przed wyjściem do szkoły w spokoju zje śniadanie, dostanie do tornistra kanapkę, a mama powie „zjedz ją na dużej przerwie, a potem możesz kupić sobie w sklepiku, co tylko chcesz”, nigdy nie kupi ogromnej paczki chipsów, tylko co najwyżej zje ich kilka, a to na pewno mu nie zaszkodzi. Pamiętajmy też, że zakazany owoc smakuje najlepiej, dlatego zabranianie dziecku jedzenia tych wszystkich przekąsek może wywołać odwrotny efekt od zamierzonego.

Często słyszy Pan od rodziców „Panie doktorze on nic nie je”?

Tak, i najczęściej słyszę to od matek, przyprowadzających do mnie świetnie odkarmione i pełne energii dzieci.

Co Pan im wtedy mówi?

To niech on dalej tak nie je, skoro przy tym tak dobrze wygląda i nawet ma kilogram nadwagi. 

Ale dla matki, która właśnie postawiła na stole obiad, to frustrujące kiedy dziecko nie chce go zjeść.

Słyszała pani kiedyś, żeby dziecko samo zamorzyło się głodem? Nie znam takiego przypadku.

Ale zupa stygnie.

Tę samą zupę równie dobrze można zjeść wieczorem na kolację, a nawet na śniadanie. Nie męczmy dzieci zmuszaniem ich do jedzenia. Dajmy im najpierw skończyć budować wieżę z klocków, czy program w telewizji. To naprawdę nie doprowadzi ich śmierci głodowej, a rygor jest dobry w wojsku, a nie w domu.

Rozmawiała Anna Kolet-Iciek

made in osostudio