Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".

x
Szkoła demokratyczna w Krakowie. Zaczynają od leczenia niechęci do nauki

Szkoła demokratyczna w Krakowie. Zaczynają od leczenia niechęci do nauki

29.08.2014

Pierwsza taka w Krakowie. W Krakowie od września działa pierwsza szkoła demokratyczna. Na razie zapisanych jest do niej troje uczniów. Najmłodszy ma niespełna sześć lat, a najstarszy osiemnaście. Stale przybywa też nowych chętnych.

To może nieco dziwić, bo szkoła założona przez Stowarzyszenie Edukacja Demokratyczna w Krakowie tylko z nazwy przypomina normalną szkołę. Tak naprawdę nie ma tu lekcji, ocen, dzwonków, ławek, przymusu szkolnego, kartkówek i z góry ustalonego planu zajęć. Nikt nie zadaje też zadań domowych, a uczniowie mówią do swoich nauczycieli po imieniu. A nie, przepraszam nauczycieli też tu nie ma.

Zamiast tego jest niemal całkowita wolność. Co rano uczniowie sami podejmują decyzję, co chcą robić – rozwiązywać zadania matematyczne, bawić się, czytać… Czasem mają ochotę na wycieczkę, a czasem na gry komputerowe. I nikt im tego nie broni. Dorośli, zwani tu mentorami, pełnią jedynie rolę moderatorów takich spotkań, a w razie potrzeby zapewniają uczniom wsparcie – merytoryczne i psychologiczne.

„Szkoła demokratyczna to nic innego jak społeczność równych sobie osób, budujących relacje w oparciu o wzajemny szacunek, kierujących swoją własną edukacją w sposób wypływający z ich potrzeb, ciekawości, predyspozycji i zainteresowań” - czytam na stronie internetowej pierwszej w Krakowie szkoły demokratycznej. A jak wyglądają takie zajęcia?

O wietrzeniu skał
 

Maleńka kluboksięgarnia w centrum Krakowa. To tu raz w tygodniu spotykają się uczniowie szkoły demokratycznej. To ich baza wypadowa. Stąd mają blisko do większości krakowskich muzeów i innych „kulturalnych” miejsc. W każdej chwili mogą wstąpić na Wawel lub do księgarni. Resztę tygodnia spędzali dotychczas w domu na peryferiach miasta, gdzie gościny udzielali szkole dziadkowie jednego z uczniów. Od niedawna szkoła ma już swoją siedzibę – dom z ogrodem przy ul. Dekerta.

Gdy wchodzę do kluboksięgarni 11-letni Tomek siedzi w fotelu i z apetytem zajada bułkę z ogórkiem. W tym czasie sześcioletni Rodrigo pilnie rozwiązuje zadania z książki z dziecięcymi łamigłówkami. Idzie mu naprawdę dobrze. Potrafi już pisać i czytać, a nawet jest w stanie samodzielnie odczytać treść poleceń. Widać, że dobrze się przy tym bawi.
Tomek i Rodrigo to dziś jedyni uczniowie tej „lotnej” szkoły.

Agata Kluczewska, współzałożycielka szkoły, która w piątki pełni rolę mentora chwilę wcześniej pomogła dzieciom przygotować halloweenową dynię. Wspólnie wycieli oczy i usta, a do środka włożyli zapaloną świeczkę, ta zabawa stała się pretekstem do przeprowadzenia krótkiej lekcji o bezpieczeństwie. Za chwilę nadarza się kolejna okazja, by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Rodrigo zauważa, że ze spoin w starej ceglanej ścianie kluboksięgarni kruszy się piasek. Mentorka Agata od razu wyjaśnia, co może być tego przyczyną. Tłumaczy, jak powstaje beton i że prawdopodobnie robotnicy budując kiedyś tę kamienicę wsypali do zaprawy zbyt dużo piasku, który teraz pod wpływem zmian temperatury zaczyna się wykruszać. – Tak samo jest na pustyni – kontynuuje Agata. - Kiedyś Sahara składała się ze skał, ale ponieważ w tym rejonie są duże wahania temperatury: w dzień jest bardzo gorąco, a w nocy zimno, skały zaczęły się kruszyć i tak powstała pustynia. To się nazywa wietrzenie skał.

I już mamy lekcję geologii, choć dzieci nawet nie zauważyły, że właśnie czegoś się nauczyły.

- To na co teraz macie ochotę? – pyta mentorka.

- Ja zjem musli z mlekiem – odpowiada Tomek.

Rodrigo rozsiada się tymczasem wygodnie na podłodze i z zainteresowaniem przegląda duży atlas z mapami świata dla dzieci. Agata z Tomkiem po krótkiej naradzie decydują, że odwiedzą księgarnię i pobliski Ośrodek Twórczej Edukacji, żeby kupić dla Rodriga tzw. myślanki, książeczki z zadaniami, które - zdaniem mentorki - lepiej rozwijają niż klasyczne zeszyty łamigłówek.

Za chwilę wszyscy są już gotowi do drogi. Rodrigo otwiera drzwi i wychodzi przed budynek. – Nie wychodź sam – krzyczę za nim odruchowo. Agata spokojnie tłumaczy: - Jeśli chcesz tam stać, to stój, ale zaczekaj na nas.

W końcu wszyscy wychodzimy. Tomek pędzi z przodu na hulajnodze, Rodrigo wlecze się gdzieś z tyłu rozglądając się na boki. Obaj wyglądają na szczęśliwych, ale ruch na ulicy w centrum miasta jest spory, więc ja znów drżę z niepokoju o jednego i drugiego. Agata daje im wolną rękę. 

Ze strony interetowej szkoły dowiaduję się, że to jedna z zasad edukacji demokratycznej: „zaufanie do samego siebie i własnej oceny sytuacji, samodzielność myślenia i brak nabytego lęku przed krytyką i osądem pozwolą dziecku na merytoryczne, służące przedsięwzięciu spojrzenie na zagadnienie i swoją w nim rolę”.

Szkoła, która nie jest szkołą

Do krakowskiej szkoły demokratycznej zapisanych jest obecnie 3 uczniów. Oprócz Tomka i Rodrigo, od czasu do czasu wstępuje tu również 18-letni Max, który w tym roku będzie zdawał maturę z matematyki na poziomie rozszerzonym. 
Chłopak dużo pracuje samodzielnie, a do szkoły wpada jedynie, żeby podzielić się swoją wiedzą z młodszymi uczniami. - Uczenie innych to według neurodydaktyki jedna z najskuteczniejszych metod utrwalania wiedzy. Niestety, Max nie jest częstym gościem w szkole – mówi mentorka Agata.

Oprócz niej w szkole są jeszcze dwie inne „nauczycielki”. – Wszystkie posiadamy dość szeroką wiedzę ogólną. Ja jestem lepsza z przedmiotów ścisłych, a druga Agata z języków, Kasia także jest bardziej humanistką, do tego wulkanem energii, więc się uzupełniamy, a kiedy natrafiamy na zagadnienie, którego nie jesteśmy w stanie same wytłumaczyć, wówczas prosimy o pomoc zaprzyjaźnionych nauczycieli przedmiotowców lub osoby, które zajmują się profesjonalnie lub hobbystycznie danym zagadnieniem– mówi Agata Kluczewska. 

To ważne, bo uczniów szkoły demokratycznej obowiązuje taka sama podstawa programowa, jak wszystkich innych. Dodatkowo każdego roku muszą oni zaliczyć egzamin ze wszystkich szkolnych przedmiotów. Jeśli tego nie zrobią władze oświatowe każą im wrócić do normalnej szkoły. Bo ta demokratyczna tak naprawdę nie jest szkołą w rozumieniu polskiego prawa. Jej uczniowie formalnie zapisani są do innych normalnych placówek, ale swój obowiązek szkolny spełniają – jak to się określa w ustawie – poza szkołą. Czyli identycznie, jak uczniowie objęci tzw. edukacją domową.

W małopolskim kuratorium oświaty niewiele wiedzą na temat idei szkoły demokratycznej. - W polskim systemie edukacji nie ma czegoś takiego jak szkoła demokratyczna, a my nie zajmujemy się czymś, co nie jest szkołą. To nie podlega naszej kontroli– zaznacza Artur Pasek, wicedyrektor Wydziału Nadzoru Pedagogicznego w KO.

Była minister edukacji: system klasowo-lekcyjny to przeżytek


Idea szkół demokratycznych ma na świecie bogatą tradycję. Obecnie istnieje ich ponad 200 – m.in. w Anglii, Niemczech, Japonii, Stanach Zjednoczonych i w Izraelu. Najstarsza z nich (brytyjska) działa już od ponad 90 lat. 

W naszym kraju jest kilka takich placówek: trzy w Warszawie, jedna w Trójmieście, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i właśnie w Krakowie. W Gdańsku szkoły oparte o ideę edukacji demokratycznej założyła była minister edukacji Katarzyna Hall. Ta sama, która będąc w rządzie uparcie forsowała pomysł posadzenia w szkolnych ławkach sześcioletnich dzieci.

Dziś była minister przekonuje, że system klasowo-lekcyjny z klasycznym ocenianiem, jakie obowiązuje w masowej edukacji, wkrótce wyczerpie swoją skuteczność, a powstawanie szkół opartych o idee edukacji demokratycznej, to nic innego, jak próba poszukiwań bardziej efektywnych metod nauczania.

To dość zaskakujące słowa w ustach osoby, która była najdłużej urzędującym ministrem edukacji w wolnej Polsce.– Nasi uczniowie osiągają coraz lepsze wyniki w międzynarodowych badaniach, a skoro jesteśmy tak wysoko, jeśli chodzi o nauczanie podstawowych umiejętności, to nadszedł czas, by zastanowić się, co możemy zrobić, by było jeszcze lepiej - tłumaczy Katarzyna Hall. - Obecnie główne wyzwania, przed jakimi stoimy, to jak lepiej uczyć kreatywności, innowacyjności, współpracy, czy posługiwania się nowymi technologiami – dodaje była minister.

Jej zdaniem w ciągu 10, góra 20 lat cały system edukacji przejdzie gruntowną zmianę w kierunku tego, co dziś proponują szkoły demokratyczne.

Leczenie stresu pourazowego

Na razie jest to nisza i swego rodzaju eksperyment. Impulsem do powstania w Polsce tych szkół stało się założenie Fundacji Edukacji Demokratycznej, którą w ubiegłym roku powołał m.in. Michał Jankowski, przedsiębiorca z Poznania, tata trojga dzieci w wieku 7, 9 i 13 lat.

- Zaczęło się od tego, że nasz najstarszy syn źle czuł się w tradycyjnej szkole – opowiada Michał Jankowski. – Wtedy pokazaliśmy mu, jak działają szkoły demokratyczne na świecie. Spodobało mu się to i kiedy miał 10 lat wyjechał do Anglii, do najstarszej na świecie szkoły demokratycznej Summerhill. Spędził tam półtorej roku i wrócił bardzo odmieniony. Widząc pozytywną zmianę jaka w nim zaszła, postanowiliśmy doprowadzić do uruchomienia w Polsce szkoły demokratycznej.

Tak powstała Poznańska Trampolina, a w ślad za nią kolejne. Każda z nich jest trochę inna, ale główna zasada jest wspólna: Dzieci zawsze uczą się i uczestniczą w zajęciach z dwóch powodów: bo je to interesuje, albo jest to dla nich ważne, np. ze względu na egzaminy klasyfikacyjne. - U nas dzieci są wolne, nikt ich nie zmusza, by wykonywały określoną czynność, ale z czasem same zauważają, że pewne rzeczy opłaca się robić – tłumaczy Michał Jankowski. - W tradycyjnej szkole motywacja do nauki zwykle płynie z zewnątrz. Dzieci uczą się, bo otrzymują za to oceny, a gdy ten bodziec zanika, przestają się uczyć. W szkole demokratycznej motywacja zawsze jest wewnętrzna. Dzieci same motywują się do nauki. 

Michał Jankowski przyznaje, że pierwsze dni w szkole demokratycznej to dla większości dzieci prawdziwy szok. Na początku zachłystują się wolnością, chodzą po szkole, zaglądają wszędzie, rzadko chcą brać udział w zajęciach. - Prawo do wolności, to również prawo do nicnierobienia – przekonuje Michał Jankowski.

Potem same wybierają, w jakich zajęciach chcą uczestniczyć. Uczeń wie, że na koniec roku czeka go egzamin klasyfikacyjny, ale to jaką drogą pójdzie, by go zdać, zależy tylko od niego. Może zapisać się na zajęcia z matematyki, historii czy języka polskiego, ale równie dobrze może uczestniczyć w indywidualnych konsultacjach, które oferują nauczyciele zatrudnieni w szkole, a także wolontariusze. Plan zajęć nie jest sztywnym rozkładem, a jedynie ma pokazać dziecku, co jest w danej chwili dostępne. 

Tylko, jak przekonać dziecko, by chciało się uczyć, skoro wcale nie musi? - Dzieci mają z reguły bardzo silną motywację do nauki i wcale nie trzeba ich do niczego zmuszać i dodatkowo motywować, bo to wrodzone – tłumaczy Agata Kluczewska. - Gorzej jest z uczniami, którzy wcześniej chodzili do tradycyjnej szkoły. Zwykle nabyli już oni ogromną awersję do nauki, a wyleczenie tego przypomina leczenie stresu pourazowego i bywa, że trwa nawet pół roku.

Czasem matematyka, czasem minecraft

11-letni Tomek jest zachwycony swoją nową szkołą. - Nie miałem jeszcze takiego dnia, żeby nie chciało mi się tu przyjść, a w poprzedniej szkole miałem tak codziennie, z wyjątkiem dni, gdy szliśmy na jakąś wycieczkę – mówi Tomek. – Tu sam decyduję, co będę robił, nie ma lekcji, ocen i nauczycieli. Jak chcę, to zaglądam do książek, czasem uczę się matematyki, czasem Agata w czymś mi pomaga, a czasem gram na komputerze w minecrafta.

- Chłopcy świetnie razem pracują – dorzuca Agata Kluczewska. – Bawią się, dyskutują, wymyślają własne gry planszowe, a przez to ciągle się uczą i wzmacniają połączenia neuronalne.

Dla Tomka tradycyjna szkoła stała się problemem, gdy zdał do czwartej klasy. Zaczęła się prawdziwa nauka i prawdziwe oceny. – Tomek z dnia na dzień był coraz bardziej sfrustrowany. Każdej niedzieli, zamiast cieszyć się weekendem, rozpaczał, że na drugi dzień trzeba iść do szkoły – wspomina Agnieszka Weinar, mama chłopca. 

Tomek miał największy problem z ocenianiem. Denerwowało go to, że ktoś cały czas ocenia jego pracę, czasem nawet według niejasnych lub irracjonalnych kryteriów. Uważał, że to jest niesprawiedliwe. Rodzice zaczęli szukać dla niego alternatywy i tak trafili na krakowską szkołę demokratyczną.

- Tomek odżył, w końcu z radością chodzi do szkoły, a oprócz tego ma więcej chęci na uczenie się nowych rzeczy również popołudniami, na co wcześniej nigdy nie miał już siły – cieszy się pani Agnieszka.

- W tej edukacji chodzi o to, żeby dzieci miały poczucie, że coś od nich zależy, a my dorośli mamy je jedynie wspierać, a nie ciągle kontrolować – dodaje mama Tomka.

Czy nie obawia się, że w takiej szkole Tomek niewiele się nauczy? A przecież za dwa lata czeka go sprawdzian szóstoklasistów? – Sprawdzianem się nie przejmujemy, bo nie można go nie zdać, wystarczy do niego przystąpić, żeby zaliczyć – mówi Agnieszka Weinar. –Planuję też, że Tomek pozostanie w tej szkole aż do matury i wiem, że nauczy się tu niejako przy okazji wszystkiego, co jest mu potrzebne.

Wkrótce do grona uczniów krakowskiej szkoły demokratycznej dołączy być może starsza siostra Tomka, która obecnie jest uczennicą I klasy gimnazjum. Początkowo nie chciała nawet słyszeć o tym pomyśle. Obawiała się, że skoro nie ma tam lekcji, to nie będzie wiedziała czego ma się uczyć. Teraz powoli przekonuje się do tej idei, ale w jej starej szkole trzymają ją jeszcze dwie rzeczy: przyjaciółka, z którą trudno jej się rozstać i lekcje etyki, które są super. – Nie naciskamy. Czekamy aż sama podejmie decyzję, w końcu na tym polega idea szkoły demokratycznej – mówi Agnieszka Weinar.

Następni chętni już ustawiają się w kolejce do pierwszej w Krakowie szkoły demokratycznej. 14-letnia Liwia na razie przychodzi tu kilka razy w tygodniu. Już zdecydowała, że chce spróbować innego typu edukacji. Rodzice jej w tym nie przeszkadzają. – Dorosłym często wydaje się, że dzieci trzeba stale przymuszać do nauki. Tymczasem każde dziecko ma naturalną potrzebę zdobywania wiedzy, a nadmierna kontrola tylko je do tego zniechęca. Ja od samego początku zostawiałam córce dużo swobody w tej dziedzinie, dzięki temu dziś potrafi sama kierować swoją edukacją – mówi Lidia Dominikowska, mama Liwii.

Czesne z górnej półki

Szkoły demokratyczne w Polsce są dość drogie. Ich czesne zbliżone jest do tego, jakie płacą rodzice w renomowanych prywatnych placówkach. To dlatego, że nie dostają one z budżetu państwa ani złotówki. Subwencję, która idzie na uczniów, w całości zgarniają szkoły, do których demokratyczne dzieci są formalnie zapisane. W Warszawie za miesiąc nauki trzeba zapłacić aż 1200 zł, we Wrocławiu szkoła kosztuje 1000 zł miesięcznie, w Gdańsku 800, w Poznaniu 820, a w Krakowie 850. – Pieniądze przeznaczamy na wynajem siedziby, zapewnienie materiałów dydaktycznych oraz zapłacenie pensji jednej osobie, która na co dzień opiekuje się dziećmi, pozostałe osoby pracują w szkole za darmo – tłumaczy Agata Kluczewska.

Szczęśliwi zamiatacze ulic i artyści

Twórcą idei szkół wolnościowych jest Alexander Sutherland Neill, który mawiał, że "lepiej, być szczęśliwym zamiataczem ulic niż nieszczęśliwym profesorem uniwersytetu”. 

Prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN od lat obserwuje szkoły demokratyczne działające na świecie. – Są to szkoły bardzo głębokiej niszy i nie ma szans, by w społeczeństwach wysokorozwiniętych, gdzie trzeba walczyć o jak najlepsze wykształcenie, takie szkoły stały się czymś więcej niż tylko wyspami oporu przeciw wychowywaniu „korposzczurów”. Te szkoły nie muszą gwarantować, a i rodzice tego nie oczekują, że wychowankowie poradzą sobie kiedyś na rynku pracy.

Mimo to, jak przyznaje prof. Śliwerski, absolwenci tych szkół mają się bardzo dobrze. – To wyjątkowo ciekawe osobowości – podkreśla prof. Śliwerski. – Warto zaznaczyć, że żaden z nich nigdy nie wszedł w konflikt z prawem, a to oznacza, że potrafią żyć w społeczeństwie.

W zdecydowanej większości absolwenci szkół demokratycznych to przedstawiciele wolnych zawodów. Najwięcej jest wśród nich artystów, grafików, dziennikarzy, ale także naukowców reprezentujących nauki przyrodnicze. Jedna trzecia to osoby wykonujące zawody służby publicznej: pracownicy socjalni, pielęgniarki, nauczyciele, streetworkerzy. – Tacy świeccy misjonarze. To dlatego, że poprzez system, w którym byli wychowywani są bardziej wyczuleni na potrzeby drugiego człowieka. Około dziesięć procent absolwentów to z kolei osoby, które określam mianem włóczędzy-złoterączki. Potrafią wiele zrobić, pomogą przy malowaniu, naprawie cieknącego kranu, czy budowie domu.

- Generalnie osoby, które przeszły przez taką edukację są dobrze przystosowane do życia społecznego, mają wysoką samoocenę i są całkowicie niepodatne na wpływy zewnętrzne. Decydują o swoim losie od początku do końca – dodaje prof. Śliwerski.

Anna Kolet-Iciek

made in osostudio